Rozmiar: 25916 bajtów

 

> Balladyn

> Batman

> Bluff

> Chłopcy do wzięcia

> Hamlet

> Sherlock Holmes

> Janosik

> Lalka

> Lady Makbet

   
   

 

> Melodramat

> Noce i Dnie

> Porzut

> Psy

> Romeo i Julia

>Skąpy

> Trędowata

> Zorro


> Balladyn

Narrator - W pewnym państwie była okolica i w okolicy był domek, w którym mieszkali tato - ojciec i synowie - kawalerowie. Kawalerowie bo co? Bo w okolicy nie było żadnych kobiet.

Ojciec - Moi synowie. Trzydziestka wam strzeliła a wy nadal kawalery psia kostka.

Alin - Tato wiesz, że w okolicy babek nie ma oprócz Bożenki.

Balladyn - Co nawet jej Rudy Leon nie chce.

Ojciec - Wiem psia kostka. Chyba popadnę znienacka w rozpacz.

Narrator - I już ojciec zaczynał popadać, kiedy nagle rozległo się pukanie do drzwi damską rączką.

Ona - Puk puk!

Alin - Tato! Jak to Bożenka to nas nie ma! ( uciekają za drugie kulisy)

Ona - Jestem zagubioną w okolicy kobietą. Proszę o schronienie bo niedługo zmrok.

Ojciec - Boże! Babka i nie Bożenka!!! Chłopcy, babka i nie Bożenka!!! ( wracają)

Alin - (biegając w szale) Co za szczęście witać w progach tak piękną kobietę!

Balladyn - (biegając w szale) Jaka fajna! Jaka fajna! I nie Bożenka!

Alin - To miłe, że zabłądziłaś do naszego domu, żeby dać nam szansę.

Ona - Coś jakbym nie zrozumiała. Będziecie wyjaśniać?

Ojciec - Dziewico piękna i nadobna. Dziewico?

Ona - Dziewico.

Ojciec - Mam tu dwóch synów i jakich niech narrator powie, żeby nie było, że po znajomości chwalę.

Narrator - Same dobre mówić?

Ojciec - Tak.

Narrator - Silni byli.

Ojciec - No to wybieraj.

Ona - Ale jak? Obaj są tak samo.

Alin i Balladyn - (do siebie) Quiz! Quiz! Będzie quiz!

Ona - Dobrze. Wybiorę tego, który nazbiera najwięcej malin.

Ojciec - To zbierajcie a my zaczekamy za szopą. (wychodzą)

Narrator - I ruszyli chłopaki w las i jak się spotkali to niejedną malinę zebrali.

Alin - Ile masz?

Balladyn - Dwie a ty?

Alin - Też dwie.

Balladyn - Do przerwy 2:2.

Narrator - Rozpoczęła się druga połowa. Biegną obaj w jednym kierunku. Co za szalona galopada! Dobrze, że państwo tego nie widzą. Balladyn zbliża się do maliny ale spłoszyła go Bożenka. Na to tylko czekał Alin. Jak nie podejdzie do maliny, jak jej nie zerwie, jak nie wrzuci do koszyka. Ach, cóż to był za widok!

( Alin i Balladyn wchodzą na scenę)

Alin - Mam. Wygrałem quiz!

Balladyn - O Boże! Jak ja nie umiem przegrywać. ( wyciąga nóż i dźga Alina)

Narrator - I nastąpiło tu zejście śmiertelne Alina. No zejdź! (Alin schodzi) A niech wejdą tato z babką, tylko żeby tak z sensem. (wchodzą)

Ojciec - To co? Czas minął.

Ona - Masz maliny?

Balladyn - Mam.

Ojciec - A Alin gdzie?

Balladyn - W lesie został.

Ojciec - Co? Nazbierał więcej?

Balladyn - No.

Narrator - I żyli długo i szczęśliwie aż przyszła policja i zamieszkali razem.

 KONIEC

 

 5.01.1996r.

Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania znanego Wojtka Kamińskiego

pod tym samym tytułem.


> Batman

Narrator - Oto normalna rodzina. On: ojciec, lat 45, lubi majsterkować, szewc, Ona: matka, lat 50, he he starsza, lubi zakupy, księgowa, Ono: syn, lat 25, wada: wypustki na plecach, nieuk.

Ona - Bo ty się w ogóle nie uczysz!

On - Tak. I będziesz księgową jak twoja matka!

Ono - Wolałbym coś bardziej super.

Ona - To się weź za naukę!

Ono - Się biorę. (otwiera książkę udręczoną) Ale durne to liternictwo. O o o o, raz duże, raz małe, raz kreskowane, raz otwarte. Tato mamo, słuchajcie to mnie ogłupia.

Oni - Boże! (załamują ręce)

Narrator - Oto normalna rodzina. On: ojciec, naprawia buta, Ona: matka, kalkuluje, Ono : syn, nieuk. Ale co to, gdy rodzice zasnęli ono zdrętwiało. (ono drętwieje)

Ono - Och, och, co się dzieje ze mną. Czuję wypustki na plecach. Transformacja!!! (przemienia się niedbale w Batmana) Jestem Batman!

Narrator - I poleciał Batman. (Batman wylatuje) I przyleciał Batman. (Batman wlatuje) A tu co? Normalna rodzina, Ona: matka, lat 50 śpi, On: ojciec, lat 45 śpi. Cicha noc a tu nagle akcja.

Batman - Och rodzino znękana. Przybyłem tu na skrzydłach nietoperza by wam pomóc.

Ona - A kim ty jesteś?

Batman - Jestem Batman.

On - Patrz żono. Sam pan Batman do nas przybył.

Batman - Pomogę wam przełamać schematy życiowe, którym się oddajecie.

Ona - Bo ja mam jeden schemat, wstaję rano i wciąż kalkuluję.

On - Tak, a ja nie mogę się od buta oderwać.

Ona - Chociaż?

On - Chociaż jestem na rencie.

Batman - Och co za schematy. Zniszczę je, zburzę, zmaltretuję. (rzuca się na nie i je niszczy, burzy, oraz maltretuje)

Oni - Wybawco nasz.

Batman - To niedroga usługa.

Ona - A ile?

Batman - Sto dolarów. (dają mu pieniądze)

Ona - Czuję, że już nie mam schematu.

On - Czuję, że nie mam renty.

Batman - Cześć, ulatam. Cieszę się, że wam pomogłem. Jakbyście jeszcze kiedyś mieli sto dolarów to wiecie.

Narrator - I poleciał Batman. (Batman wylatuje) I przyleciał Batman. (Batman wlatuje)

Batman - Transformacja!!! (zmienia się w nieuka w okularach)

Narrator - A tu co? Normalna rodzina. On: ojciec, lat 45, bez schematów, Ona: matka, lat 50 he he starsza, bez schematów, Ono: nieuk.

Ono - Rodzice, rzucam szkołę!!! Żenię się ze starszą!!!

Narrator - He he.

Ona - Bo ty się synu w ogóle nie ucz!

On - Tak! Bo będziesz księgową jak twoja matka.

Ona - Ty lepiej zostań Batmanem. Ty wiesz ile on bierze za usługę?!

KONIEC

 

Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.

^ do góry


> Bluff

Ta wiosna to jakiś bluff

Miało być ciepło

A dzisiaj znów pada śnieg

Ja się buntuję

Ja jestem przeciw

Ja jestem wbrew

Powiem nawet, że to mnie wkurza

 

Przecież zakochani

Nie mogą czekać dłużej

A uczucie się odwleka

Bo jak tu na ławce w parku

Siedzieć gdy

Drzewa bez pączków

Nie kwitną bzy

Słowik nie śpiewa

 

Co będzie z westchnieniem

I biciem serca

Gdy człowiek w płaszczu jest

I w nerwach

W rozpacz mnie wpędza

Tą zimą życie

Na dworze mróz i śnieg

I trzeba w domu kochać skrycie

 

zwk


> Chłopcy do wzięcia

Narrator - Wszyscy wiemy czym jest wieś, wszyscy wiemy, że na wsi jest słoma, gnój oraz są chłopaki. I chłopaki czasami się podwalają do dziewczyn. Staszek, Roman i Krzysiek pojechali do miasta na podryw. Chodźcie! (wchodzą chłopaki ) To jest Staszek, to jest Roman a ten to jest Krzysiek. Wesoła gromada.

Staszek - To co? Rozglądajcie się za dziewczynami.

Chłopaki - (rozglądają się) No no, nie ma.

Roman - Wziąłem najlepszy garnitur. (przy rękawie wisi metka)

Staszek - A ja na gadane będę brał.

Krzysiek - A ja to chyba żałuję żem przyjechał. Robota w polu czeka.

Staszek - E! Chłopaki! Idzie. Idzie dziewczyna...ładna...pulchna, blond włosy.

(wchodzi dziewczę miastowe i zajada batona)

Roman - Staszek, to ty zacznij a my się zaraz dołączymy.

Staszek - (rzuca lizaki) Sie pani częstuje. (dziewczę chytre zbiera lizaki)

Roman - Trochę nie tak. Użyj gadki.

Staszek - A panienka czeka na kogoś?

Dziewczę - Czekam.

Staszek - Załamałem się.

Krzysiek - Chłopaki chodźcie idziemy.

Roman - Nie. Musimy podrywać. Nie możemy oddać lizaków bez walki.

Krzysiek - Ale co?

Staszek - Ale jak?

Roman - To ja spróbuję na garnitur. Panienka ma nożyczki?. Bo ja bym tą metkę może już odpruł. (czyta z metki) 100% wełna i czyścić chemicznie.

Dziewczę - Nie mam nożyczek.

Roman - (do kolegów) Nie ma. (do niej) Oj! To ja chyba już do ślubu z tą metką pójdę! Ha ha ha! (koledzy jakoś się nie śmieją) Chłopaki pomóżcie!

Chłopaki - Ha ha ha!

Dziewczę - Ale z was wesoła gromada.

Roman - Widzisz Stachu? Już się podobamy.

Staszek - To teraz Krzyśka kolej.

Krzysiek - Kiedy mam boja.

Roman - Idź idź, ona jest całkiem ludzka.

Krzysiek - To koleżanko...co będę obwijał w bawełnę...pójdziesz do kina?

Dziewczę - Czemu nie? Lubię chodzić na kulturę. A jaki film?

Krzysiek - Krzyżacy.

Dziewczę - To chodźmy ale ja biletu nie kupuję.

(siadają w kinie)

Roman - Ale...patrz!

Chłopaki - No...sss...sss...sss.

Staszek - Jak ja nie lubię tych Niemców.

Krzysiek - A jak się zachowywali w 39!

Chłopaki - Daj spokój!

Dziewczę - Cicho! (wzruszona lekko zaczyna płakać) Dlaczego nie płaczecie?

Roman - Bo myśmy to już widzieli.

Dziewczę - Podoba mi się. Smutno jest. Lubię smutno.

Staszek - Dziewczyny są dziwne. Lubię dziewczyny. (obejmuje ją, Roman i Krzysiek trącają się i patrzą na Staszka z nienawiścią)

Roman - Staszek, a potrafisz tak? (pokazuje sztuczkę trudną cholernie, Staszek próbuje a Roman sprytny obejmuje dziewczę)

Dziewczę - O, już koniec. Fajny film. (Roman spłoszony zabiera rękę) To cześć.

Roman - Cześć. (dziewczę wychodzi bezpowrotnie)

Staszek - No widzisz Krzysiek? My se podotykali a ty?!

KONIEC

 

12.01.1996r.

Autor- Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.


> Hamlet

(wchodzi trzech Hamletów):

-No idź.

-Nie, ja nie.

-No idź.

-Nieee chłopaki, ja nie chcę, ja nie pasuję na Hamleta.

-A ja pasuję?

-Nooo.

Hamlet - To be or not to be, that is the question. Fajnie?

Chłopaki - Nooo.

Hamlet - Ale się cieszę.

Chłopaki - Przyprowadzić mamę?

Hamlet - Tak. Dobrze mi idzie.

Mama - Czemu mnie odrywacie od codziennych zajęć królewskich takich jak: pranie, gotowanie i inne?

Chłopaki - No powiedz, powiedz jej, bądź szczery, otwórz się.

Hamlet - Mamo, dobrze mi idzie.

Chłopaki - Nooo.

Mama - Tak? To proszę pokazać.

Hamlet - To be or not to be, that is the question. Jezu coraz lepiej!

Chłopaki - Nooo.

Mama - Ty! Synek! Ty tak tutaj to be, not to be a ja mam wrażenie, że tak tylko to be. A żeby ci o coś chodziło. No, niech ci chodzi o coś.

Chłopaki - Nooo. Niech ci chodzi!

Hamlet - No... zemścić się chciałem. Dobrze?

Chłopaki - Nooo.

Mama - A na kim?

Hamlet - A na stryju cholera.

Chłopaki - Niepotrzebnie przekląłeś. Nie. Dobrze, ostry jest.

Hamlet - Ale czad. Dawać stryja!

Mama - Ty synek ja ci powiem. Ty chcesz napaść na stryja ale pamiętaj, że jestem twoją matką i powinieneś mnie słuchać, pamiętaj dodatkowo co i jak się dzieje w państwie duńskim i jak ty chcesz się zemścić na stryju to ja ci powiem, nie ma problemu mścij się.

Chłopaki - To przyprowadzić stryja?

Hamlet - Tak. A mamie nie żal stryja?

Mama - Nie żal. Kochałam go prowizorycznie.

Stryj - Kto czego chce?

Hamlet - To be or not to be.

Stryj - No i co?

Chłopaki - Zaraz mu powie!

Hamlet - That is the question.

Chłopaki - Powiedział, powiedział!

Stryj - No dobrze, ale co dalej?

Hamlet - No dalej to bym stryja trachnął w kadłub.

Stryj - W kadłub? Czy to żart?

Hamlet - Nie.

Stryj - Ale brzmi jak żart.

Hamlet - Tak? Ale się cieszę!.

Chłopaki - To my wychodzimy.

Stryj - To są straszne słowa, które ty mi mówisz. A czyn... będzie?

Hamlet i Chłopaki - Nooo.

(Hamlet dźga stryja w kadłub)

Hamlet - No i jak mi poszło?!

Wszyscy - Super, fajnie, no, fajnie!!!

Hamlet - Ale jestem zadowolony!

KONIEC

 

Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.

^ do góry


Sherlock Holmes

Narrator - Gdy w Londynie rozkwitła przestępczość a za co drugim rogiem czyhał zbrodniarz to za co pierwszym czaił się Sherlock Holmes.

Holmes - Chodź, chodź Watsonie. Chodź, nie pytaj. (lecą za kulisy, bo tam może co jest i wracają) Czuję, że odkryję zagadkę kryminalną. Chodź, chodź, nie pytaj, nie pytaj! (wychodzą ponownie za kulisy zwiedzeni nadzieją)

Narrator - I tak latali Holmes z Watsonem w te i wewte a Holmes odkrywał te swoje zagadki kryminalne.

Holmes - Watsonie, czuję nową przygodę kryminalną. Chodź, chodź, nie pytaj. (lecą za kulisy choć Watson już bez nadziei)

Watson - Ale Holmesie, tam nic nie było.

Holmes - A wiesz jak mnie to boli?

(wbiega kobieta, za nią drab okrutny, uderza ją w łeb, zabiera torebkę, kobieta upada, drab ucieka)

Holmes - (szepcze) - Nie ruszaj się Watsonie. Wszystko widziałem. Każdy szczegół.

Watson - Ja też.

Holmes - Nie. Ty nie, dobrze?

Watson - No dobrze. A więc: co tu się stało?

Holmes - Ach Watsonie. Była tu męska napaść.

Watson - Zbadam puls.

Holmes - Sam zbadam. (bada) Damski trup! Uderzony!

Watson - Czy już coś wiesz?

Holmes - Wiem. No wiesz, stoję se spokojnie z kolegą a tu nagle drab jakiś wali drągiem w damski podmiot. Zabiera jej torebkę i zostawia ją w samotności. Tak nie można. Biedaczka nikogo teraz nie ma.

Watson - Hm...Kim mógł być ten drab?

Holmes - Aaaa...bez tego nie ujedziemy?

Watson - Holmesie działaj! Przecież ten drab zostawił drąg na miejscu...

Holmes - Nie mów, nie mów! Ja powiem, dobrze? Ten drab zostawił drąg na miejscu zbrodni.

Watson - Dalibóg tak.

Holmes - To wezmę go i obejrzę go . (ogląda) O! Dedukuję, że drab pochodzi z biednej rodziny, narzędzie zbrodni wykonał z tektury.

Watson - Z tektury?! Może ona żyje?!

Holmes - Nie, Watsonie, nie psuj wszystkiego. Ooo już się rusza.

Kobieta - Panowie, tu jeden drab mnie w podmiot bił.

Holmes - Wiemy wiemy. Niech się kobieta nie popisuje. Jak ja rozgryzałem tę zbrodnię to pani jeszcze leżała.

Watson - Bo to jest Holmes proszę pani.

Kobieta - I co już wiadomo?

Holmes - Wiadomo jedno: szło fajnie. A jak już trochę wiedziałem to pani zaczęła się ruszać.

(wpada drab i oddaje torebkę)

Watson - Halo. Kolego drabie, mam pytanie.

Holmes - Nie Watsonie, ja zapytam. (do Watsona) O co chciałeś zapytać?

Watson - A czemu pan wrócił?

Holmes - A czemu pan wrócił? Co to pan domu nie ma?

Drab - Wróciłem, bo w torebce nic ciekawego tylko te malowidła babskie, pomyślałem: oddam, niech się kobieta umaluje, ładniejsza będzie.

Kobieta - No właśnie.

Holmes - Zostaje nam jeszcze dowiedzieć się jak się nazywa drab.

Drab - Bogdan.

Holmes - Coś mi mówi, że Bogdan. Bogdan?

Drab - Tak.

Holmes - (z zachwytem) Patrz!

Watson - Jeżeli Bogdan...

Holmes - Nie mów, nie mów! Dedukuję, że jeżeli Bogdan to pewnie... Łazuka?

Kobieta - (do Bogdana) - Mój Boże! Ten Łazuka?!

Drab - Tak.

Kobieta - A taki nie podobny.

Drab - Trudno. Jaki Holmes taki Łazuka.

KONIEC

 

 27.12.1996r.

Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.

^ do góry


> Janosik

Kabaret Jurki przedstawia bohatera pozytywnego co się nazywa Janosik.

 

Janosik - Czy dzieje się tu jakaś krzywda? Czy nikt nikogo nie męczy? Mam energię i chęci!

Obcy I - A przepraszam krzywda jakiego rodzaju?

Janosik - Ludzkiego.

Obcy I - A to ja bym coś miał. Mój tato męczy mamę. Szyję jej ściska.

Janosik - Dawać ich tu. Cholerna ludzkość.

(Obcy I wprowadza mamę i tatę, który trzyma za szyję mamę)

Obcy I - O o, widzi Janosik. (tato nie dusi). Tato no duś bo ja na durnia wychodzę. (tato dusi)

Janosik - Nie duś!

Tato - Muszę dusić bo inaczej syn mi na durnia wychodzi.

Janosik - Energicznie wkraczam w akcję. Nie duś! (tato nie dusi)

Tato - Pan Janosik to tak potrafi. Ale akcja nie? (wychodzą)

Janosik - Czy jest już sprawiedliwość? Czy też dzieje się jakaś krzywda.

Obcy II - Dzieje się dzieje. Tam jeden facet jednej facetce portfel z kieszeni wyciąga.

Janosik - Dawać ich tu.

(Obcy II wprowadza faceta z facetką a facet trzyma rękę w kieszeni facetki)

Janosik - No?

Oni - Pan Janosik!

Janosik - Proszę się nie rozpraszać. Proszę zademonstrować.

(facet wyciąga rękę wkłada z powrotem i wyciąga portfel)

Janosik - Widziałem, widziałem. Patrzcie złodziej! (wszyscy patrzą z wyrzutem) No i jak ci teraz?

Złodziej - Głupio.

Janosik - To ci powiem na koniec naukę na dalsze życie: nie kradnij.

Złodziej - Dziękuję za naukę, dziękuję za portfel. (wychodzą)

Janosik - Czy ktoś kogoś nie męczy?

Obcy III - Ja w sprawie formalnej. Czy może być zwierzę?

Janosik - Może, byleby cierpiało.

Obcy III - Panie mój koń się siana nażarł i się męczy. Co ty na to?

Janosik - A ja na to: daj mu wody.

Obcy III - Dałem mu wody ale napęczniał.

Janosik - To dawać go tu. Trzeba go przebić.

Obcy III - Ale on już nie żyje.

Janosik - Tak? To i tak go przebijemy. Coś trzeba robić.

Obcy III - To wszystko?

Janosik - Nie. Dam ci dobrą radę na dalsze życie: nie kradnij i nie duś żony.

Obcy III - Dziękuję.

Janosik - Halo! Czy dzieje się jakaś krzywda?

Obcy IV - Tak. A tam jeden facet drugiego faceta namawia do picia wódki.

Janosik - Dawać ich. (wchodzi dwóch trzymając jedną butelkę) Proszę zademonstrować.

-Ze mną się nie napijesz?!

-Nie mogę!

Janosik - Uwaga! Wtrącam się! Czemu nie chcesz się napić?

-Wątroba mi siada.

Janosik - Dziękuję. Proszę kontynuować.

- Co? Gardzisz?! Gardzisz?!

- Nie, nie, proszę, już ledwo widzę.

Janosik - Nie mogę dłużej zwlekać. Człowieku nie oślepiaj drugiego człowieka.

- Dziękujemy. (wychodzą)

Janosik - I widzicie?, wystarczy trochę chęci i świat można naprawić i człowieka można naprawić tylko konia trochę żal.

KONIEC

 

28.11.1995 r.

Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.

^ do góry


> Lalka

Narrator - A teraz numer pt. "Lalka". Mówi narrator. Ja mówię. Pewnego dnia Wokulski zakochał się w Izabeli. Izabella jak to Izabella - zimna i niedostępna. Wokulski jak to Wokulski zakochany i dostępny, a Rzecki się dziwił.

Rzecki - A dziwię się dziwię . (do narratora) Dziwię się, nie?

Narrator - No.

Rzecki - Stanisławie, daj sobie spokój. Przecież ty chłop jesteś a ona co?

Wokulski - A ona nie.

Rzecki - A co ty w niej widzisz kobiecie jednej?

Wokulski - Wykształcona jest inteligentnie, urodę ma kobiecą i śpiewa ładnie bardzo.

Rzecki - A co z tego śpiewania?

Wokulski - A przyjemnie jest.

Izabella - Dzień dobry.

Rzecki - Dzień dobry zaśpiewaj.

Izabella - Hyy!

Narrator - Rzecki się zdziwił i wyszedł. (do Rzeckiego) No idź.

Wokulski - Izabello kocham Łęcko.

Izabella - Hyy!

Narrator - Rozmowa się nie kleiła. Wokulski zaczął z innej beczki.

Wokulski - Pogoda dzisiaj ładna.

Izabella - Pada przecież.

Wokulski - Mam sklep.

Izabella - Ale nie jesteś spowinowacony jak należy i w ogóle jakiś taki jesteś.

Narrator - Wokulski próbował skusić ją czymś. (do Wokulskiego) No kuś!

Wokulski - Łęcko, chcesz srebrnej zastawy?

Izabella - No.

Wokulski - Chcesz futra?

Izabella - No.

Wokulski - A kochasz mnie?

Izabella - Hyy!

Wokulski - Oj bieda, bieda.

Narrator - Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Ale czy Wokulski ma prawdziwych przyjaciół?

Koledzy - Stachu, jest bieda nie?

Wokulski - Tak.

Koledzy - To my kupcy patrzymy na to trochę z boku. Wiesz, mamy dystans. I to wygląda tak - ty jej mówisz kocham cię a ona na to - Hyy!

Wokulski - To co mam robić? Co mam powiedzieć?

Koledzy - To ty się do niej teraz odwróć i powiedz jej coś po angielsku.

Wokulski - Heloł. (odwraca się do kolegów)

Koledzy - (podpowiadają) Biznes is biznes.

Wokulski - Biznes is biznes.

Koledzy - Gud baj.

Wokulski - Gud baj.

Izabella - Ach żal.

Narrator - A morał z tego taki, że kto zna języki ten se zawsze w życiu poradzi.

K O N I E C

 

Autor: Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.

^ do góry


> Lady Makbet

(Lady Makbet w czarnej kryzie przechadza się po komnacie)

Lady - Śmierć, śmierć, mordować, mordować. Dajcie mi coś to ukatrupię.

Służący - Proszę lady, proszę udusić. (podaje na tacy kotka gumowego)

Lady - (dusi) Dusić, dusić. Dziękuję. (służący wychodzi)

Makbet - Oj żonuś, co ty się umordujesz! A ja dla ciebie kuplecik ułożyłem.

Lady - Musisz to śpiewać?

Makbet - Zobaczysz jak przyjemnie się zrobi. (śpiewa na melodię "Chusteczki haftowanej")

" Żonuś moja moja żonuś, lubię jak się gniewasz, krew się leje o jejeje a ty serca nie masz"

Lady - Przyjemnie się zrobiło. Co chcesz za ten kuplecik?

Makbet - Króla nie lubię wiesz?

Lady - Och, pobudziłeś we mnie żywioły...śmierć, śmierć, mordować, mordować.

Służący - Proszę lady, proszę udusić. (podaje na tacy ptaszka gumowego)

Lady - Dusić, dusić. Dziękuję. Trochę się wyżyłam.

Makbet - Aleś ty okrutnaaa. Idę ułożyć nowy kuplecik. (oddala się podśpiewując)

Lady - Idź a ja tu obmyślę plan zabicia króla. Bym go zabiła ale czym? Nożem, młotkiem, ręką? Wiem! Ręką i młotkiem. Makbecie do mnie.

Makbet - Już jestem żonuś. Zaśpiewam ci.

Lady - Chcesz mnie złościć?

Makbet - Oj chcę, chcę, uwielbiam cię mój okrutniku. Mój malutki okrutniku, żabciu ty moja krwiożercza, słodyczy moje, tarantulciu, piranio słodka. Zaśpiewać ci?

Lady - No dobra. Jedź z tym koksem.

Makbet - " La la la la moja żonuś, la la la la kogo spotka, la la la la nie przepuści misia, pieska, myszę, kotka" Pobudziłem?

Lady - Tak. Słuchaj, zabijemy króla ręką i młotkiem. Rękę mam, leć po młotek i króla. ja tymczasem zrobię se trening. (Makbet wybiega a Lady podnosi hantle) Służba! Co masz dla mnie?

Służący - Syna sąsiadów.

Syn sąsiadów - Dzień dobry pani.

Lady - (kończy trening) Śmierć, śmierć, mordować, mordować. Daj mi go . (dusi syna sąsiadów) Dziękuję.

Makbet - Żonuś zobacz kto do nas przyszedł! (wchodzi z królem)

Lady - Oj, prosimy prosimy. A ja taka nieuczesana.

Król - Ach, sąsiadka uczesana czy nie to i tak samo wygląda.

Lady - Z króla to komplemenciarz! A jakby mi chusteczka wypadła to co by król zrobił?

Król - A podniese.

(Lady wypuszcza, król się schyla, Makbet daje Lady młotek bo rękę Lady ma, Lady wali króla w łeb, król oczywiście umiera)

Lady - Ale cham! Nie podniósł chusteczki!

Makbet - Zrobiłaś to dla mnie? Przyznaj się!

Lady - Tak ale czuję jakby mrowienie sumienia.

Makbet -Oj! To co będzie?

Lady - Nie wiem. Chyba oszaleję.

Makbet - Oj, to szalej żonuś szalej! Ja se popatrzę.

(Lady biega wokół krzycząc: Zabiłam zamordowałam zatłukłam młotkiem)

Makbet - I co pomogło?

Lady - Nie pomogło. Ciągle to sumienie, ciągle to sumienie, mrowi, mrowi. Przysięgam że nikogo już nie zabiję!

Makbet - Och! To ty już do niczego. To nawet jakbym teraz nożem dźgnął (dźga) to jakbym dźgał do niczego. (Lady pada) O oo jaka do niczego.

Lady - Makbecie coś się zepsuło między nami.

Makbet - Wiesz, ja ci dziękuję za tego króla, ale sama rozumiesz że wdzięczność nie trwa wiecznie.

KONIEC

 

 5.01.1996 r.

Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.

^ do góry


> Melodramat

Narrator - Była jesień, było słońce, były wrzosy, były ptaki, były kwiaty, były grzyby, było wszystko. W słońcu przechadzała się piękna choć uboga dziewczyna.

Panicz - Cóż za piękna choć uboga dziewczyna. Dzień dobry piękna choć uboga. Co robisz w tym słońcu jesiennym?

Ona - Przechadzam się do roboty paniczu.

Panicz - Czuję, że cię odprowadzę. Czujesz to?

Ona - (kiwa głową) Yhy.

Narrator - I odprowadził panicz piękną choć ubogą dziewczynę i od tej pory przechadzał się z nią codziennie i zagajał inteligentnie z prawa i lewa i ona była dla niego coraz piękniejsza choć nadal uboga... i nagle.

Panicz - Już cię nie będę odprowadzał.

Ona - Aha.

Panicz - Bo już nie będziesz chodziła do roboty.

Ona - O, wiedziałam, że mnie wyleją!!!

Panicz - Nie wylali cię tylko ja cię kocham i zostań moją żoną dziewczyno piękna choć uboga.

Ona - Naprawdę?

Panicz - Szokuje co?

Ona - Ale mama się ucieszy!

Panicz - Mów mi Stefan.

Ona - Kocham cię Stefan.

Panicz - To teraz poznajmy swoich rodziców.

Narrator - I pobiegli poznawać swoich rodziców. Matka ze strony dziewczyny dała się poznać od razu a rodzina ze strony panicza była dziwna.

Ojciec - Doszły nas słuchy, że zadajesz się z dziewczyną ubogą choć piękną.

Dziadek - Ja jestem bogaty, on jest bogaty, a ty co za warstwę do domu przyprowadziłeś?!

Panicz - Ona choć uboga lecz piękna i dobrze wychowana. No powiedz: dzień dobry.

Ona - Dzień dobry.

Dziadek - Ale biedą zaleciało!

Ona - Mam ryczeć?

Panicz - Poczekaj. Nie zniosę tego! Chciałem powiedzieć, że to moja narzeczona ale chyba już nie powiem.

Ona - Mam ryczeć?

Panicz - Poczekaj. Pluję na bogactwo! Pluję na rodzinę! Pluję na opinię! Miłość jest taka piękna.

Dziadek - Lecz uboga.

Panicz - I tak się z nią ożenię tato

Ona - Tato!

Ojciec - Nie mów do mnie tato, bo tak trochę mało się znamy, nie?

Ona - Mam ryczeć?

Panicz - Rycz!

Ojciec - Poczekaj! Synu nasz głupi choć bogaty wyjdź na chwilę (mówi do niej) No mów!

Ona - Bo ja kocham Stefana i chciałam za niego wyjść i proszę o dobrą radę.

Dziadek - Co? Forsy się zachciewa?! Chcesz dychę?

Ona - Bym chciała.

Ojciec - Ale zostaw Stefana.

Ona - O nie! Przysięgam, że prędzej się otruję.

Ojciec - Dziadek, dawaj truciznę!

Panicz - Mogę wejść?

Dziadek - Jeszcze nie!

Ojciec - Przysięgałaś to pij!

Ona - A dychę dostanę?

Dziadek - Tak tak dostaniesz. (Ona okrutnie oszukana pije truciznę i umiera)

Ojciec - Stefan! Już możesz wejść. Patrz co się narobiło. Narzeczona ci padła.

Panicz - To wasza wina! Wasza! Nienawidzę was mordercy! To przez was! To wyście ją zabili! To wy!

Rodzina - Uspokój się Stefan, czy ktoś mówi, że nie?!

K O N I E C

 

28.XI.95 r.

Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania znanego Wojtka Kamińskiego pod tym samym tytułem.

^ do góry


> Noce i Dnie

Narrator - A teraz przedstawimy numer długi, w którym występuje i Basia i Bogumił i Tomaszek i noc i dzień i noc i dzień.

Basia - Bogumił! Bogumił!

Bogumił - Co Basiu, co?

Basia - Nie wiem. To chyba wrodzone. Bogumił! Bogumił!

Bogumił - Och Basiu jaka ty nerwowa.

Basia - A jaki ty rozlazły Bogumił, baaardzo rozlazły.

Narrator - Taka to była atmosfera. Basia często rozmawiała do Bogumiła.

Basia - Bogumił! Bogumił!

Bogumił - Basiu co?

Narrator - A ona nie wiedziała co. Aż pewnego dnia w Bogumiła straszliwa chuć wstąpiła (wstępuje) i trochę w Basię (wstępuje) i w namiętności gdy się tak trochę unurzali to Basia powiedziała.

Basia - Bogumił! O oooo. (pokazuje na brzuch nabrzmiały)

Bogumił - Oho. O oooo No no.

Narrator - I narodził się Tomaszek.

Tomaszek - Hej mamo tato, co tam u was?

Bogumił - Ty się weź za siebie. Dopiero coś się urodził a już palisz!

Tomaszek - (wyciąga pety z kieszonki) Ja tak tylko po kątach.

Basia - Bogumił! Bogumił!

Bogumił - Co Basiu, co?

Basia - Jak on ma na imię?

Bogumił - Tomaszek.

Basia - Tomaszek! Tomaszek!

Tomaszek - O co mamusi chodzi?

Basia - Tomaszek nie pal, nie pal na Boga, teraz tyle raków, tyle raków!

Bogumił - Basiu nie podniecaj się.

Basia - Za późno. Już jestem w galopie.

Narrator - I Basia wpadła w galop. I dalejże: Bogumił! Bogumił!

Basia - Bogumił! Bogumił!

Narrator - Tomaszek! Tomaszek!

Basia - Tomaszek! Tomaszek!

Narrator - Bogumił! Bogumił!

Basia - Bogumił! Bogumił!

Bogumił - A co to tak co to?

Basia - Uuuuuu! (wszyscy się domyślają że to pociąg)

Bogumił - Ale żal masz jakiś czy co?

Basia - Tak. Bo wyszłam za ciebie z litości.

Bogumił - Z litości? To coś nie bardzo.

Basia - Bardzo nie bardzo.

Bogumił - Ale pracowity jestem bardzo. W polu pracuję przeciągle.

Basia - Ale dłonie masz za duże. Czy człowiek z łapami jak bochenki może kochać?

Bogumił - Nie może.

Basia - Nie?! Jak to?! Bogumił! Bogumił!

Bogumił - Co Basiu, co?

Basia - Dlaczego nie możesz mnie kochać?! Kochaj mnie Bogumił! Bogumił!

Narrator - Sami widzicie jaka była atmosfera. Więc żeby coś się działo Basia zabrała się do bicia Tomaszka.

(Basia łoji Tomaszka rzemykiem)

Tomaszek - Mamusiu! Mamusiu!

Bogumił - Dalej Basiu, dalej, bij go!

Basia - Czemu?

Bogumił - Ja wiem? Tak mi mało na nim zależy. Ty widziałaś ile on je?

(Tomaszek upada zemdlony troszeczku)

Basia - Tomaszek! Tomaszek!

Bogumił - Basiu, coś ty najlepszego zrobiła?!

Basia - Bogumił! Bogumił!

Bogumił - Teraz Bogumił co? A wcześniej to co mi mówiłaś?

Narrator - A ona mu mówiła Bogumił.

KONIEC

 

27.12.1995r.

Autor - Klub Literatów "Zeppelin " na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.

 


> Porzut

Ona odeszła

Bo mnie rzuciła

Jej miłość do mnie się skończyła

A wydawała się taka miła

Aaaa

Z kim będę chodził na lody, do kina

Do zoo, do parku, na bal

Czemuś odeszła

Przecież byłaś jedyna

Byłaś naj...

Ajajaj

... piękniejszą w świecie

i zimą i w lecie

I jesienią i w marcu

A najbardziej gdy był maj

Ajajajaj

Och ma męka jest tak wielka

Chyba powieszę się na swych szelkach

Albo obetnę sobie włosy

A może nie

I bez płaszczyka wyjdę na niepogodę

I przeziębię się

 

Co??? Ja mam się przeziębić?

O nie, nigdy!

A zresztą, i tak miałaś krosty na szyi

I nie podobały mi się twoje sandały. Nie podobały mi się twoje sandały....

 

zwk

^ do góry


> Psy

(Franz wprowadza narratora za kołnierz na scenę)

Franz - Mów kurka, bo zrobię dziurkę w głowie!

Narrator - Proszę państwa, kabaret "Jurki" przedstawi teraz skecz pt. "Psy". W rolach głównych: Sławomir Kowalski jako Franz Maurer. (kłania się) W pozostałych rolach: Daniel Pauliński jako Olo (kłania się) , Przemysław Żejmo jako Rusek (kłania się) , Agnieszka Litwin jako dziewczyna (kłania się) oraz ja, znany Wojtek Kamiński jako narrator (kłania się). Mogę iść?

Franz - Już cię tu kurka nie ma! (narrator schodzi)

(Franz wyciąga pistolet, lusterko i ćwiczy przed lusterkiem)

Franz - Nikt mi tu kurka nie będzie podskakiwał.

(wyciąga peta i wkłada go do ust ostrożnie)

Franz - Nikt mi tu kurka nie będzie podskakiwał.

Olo - Cześć Franz. Co słychać?

Franz - Nikt mi tu kurka nie będzie podskakiwał.

Olo - Franz, wyleciałeś z branży. Wróć do branży.

Franz - Nie igraj mi na nerwach bo narozrabiam. Strasznie się siebie boję Olo.

Olo - Franz, uspokój w sobie tego lwa. Jest interes. Mam broń do sprzedania. Naraj mi jakiegoś Ruska.

Franz - Naraję. Ale chcę ci coś powiedzieć: nikt mi tu kurka nie będzie podskakiwał.

Narrator - W czasie, gdy nikt mu tam kurka nie podskakiwał nadszedł znajomy Rusek.

(wchodzi Rusek)

Franz - Misza, chciałbym cię naraić.

Misza - W jakiej sprawie?

Franz - Sprzedaży broni.

Misza - Czuję interes, czuję, że jestem naraiony.

Franz - Olo, oto Rusek. To róbcie interesy.

(Franz staje w tle i ćwiczy bezgłośnie z lusterkiem)

Olo - Ty pasłuszaj. U mienia pistol. Ja chacziu pradać.

Misza - A skolka u tiebia?

Olo - Adin.

Misza - Ty Franz. A co to za frajer?

Olo - A co on po polsku gada?

Franz - To jest Rusek Olo. Prawdziwy Rusek. Kumasz? Kumasz cholera?!

Olo - Ale to jakieś jaja są.

Franz - To nie jaja Olo. To cholerna prawda, to cholerne życie, bo to cholerny świat Olo.

Misza - I cholernyje Paliaki. (wychodzi) Odraiłem się.

Dziewczyna - (wchodzi) Franz kochanie, misiu, kotku, pieseczku, żabciu, króliczku, niedźwiadku, zwierzaczku, kurczaczku mój.

Franz - Co ty tu robisz? To ty nie wiesz, że nikt mi tu kurka nie będzie podskakiwał?

Olo - Ale cizia!

Franz - Co kurka?!

Olo - Podoba mi się.

Franz - Niech ci się nie podoba! Szybko!

Olo - Uspokój się Franz.

Franz - Co kurka?!

Olo - Nic kurka!!!

Franz - Co kurka?!

Olo - Jajko kurka!!!

Franz - Ja cię zapierniczę kurka!!! (uderza go małą plastikową butelką w łeb)

Olo - O kurka!!! (pada)

Dziewczyna - Co mu zrobiłeś?

Franz - Zrobiłem mu nikt mi tu kurka nie będzie podskakiwał. No, a teraz chodź do łóżka.

Dziewczyna - Franz kochanie, misiu, kotku, pieseczku, żabciu, króliczku, niedźwiadku, kurczaczku mój, może byśmy przedtem chociaż porozmawiali?

Franz - Nie chce mi się z tobą gadać.

KONIEC

 

14.02.1996r.

Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.

^ do góry


> Romeo i Julia

Występują:

Narrator - umęczony człowiek bez kondycji satyrycznej .

Romeo - zwykły wieśniak z Werony.

Julia - gąsior

Narrator - Wszyscy na całym świecie wiedzą i znają szczegóły tej historii jak Romeo i Julia ze sobą chodzili, to znaczy, że się kochali.

Romeo i Julia - (pokazują mini serduszka) Tak?

Narrator - Bardziej.

Oni - (pokazują trochę większe) Tak?

Narrator - Bardziej.

Oni - (pokazują największe ) Tak?

Narrator - Tak się kochali, a rodziny były niemiłe i to był ten konflikt. Och jak ja im współczuję.

Julia - Romeo kochasz mnie?

Romeo - Łeee no, tego się nie da wyrazić.

Julia - To wyraź to Romeo, wyraź.

Romeo - Łeee. Może przez poezję się wyrażę.

Julia - Tak.

Romeo - "Łeee, ty taka tu fajna dziewczyna stoisz i stoisz i stoisz, a ja też taki całkiem całkiem.To co? Żeby tak nic? No nie. I już o o o o o! Uczucie! Twój urok mnie zachwyca, czy chcesz być mą czy nie"

Julia - Jak pięknie!

Romeo - Trochę się pyka.

Monteki - Romeo! Ty tu tak dziewczynie głowę zawracasz a my jej nie lubimy, bo nie dość, że to dziewczyna to jeszcze Julia i jeszcze Kapulet. Do domu! Bo w skórę tak dostaniesz, że ci się odechce albo co!

Romeo - Łeee. Słyszałaś Julia, tato rzucił kłodę naszej miłości, to ja muszę wracać do domu, bo mi się odechce albo co.

Julia - To ty mi sercem oczy mydliłeś, uszy mi poezją mamiłeś a teraz co, a że serce to makietka? To ty nie wiesz w jaką ja rozpacz wpadnę? To ja ci powiem. W czarną rozpacz.

Romeo - To ty mnie dotknęłaś w samo sumienie. To może, łeee, ja nie pójdę.

Kapulet - A ty co Julia chłopa na litość bierzesz?! On nam się nie podoba, bo to nie dość że chłopak to jeszcze Romeo i jeszcze Monteki.

Julia - Ojcze ale ja go kocham.

Kapulet - Kocham kocham, to każdy może powiedzieć kocham. A dowody gdzie?

Oni - Tu. (pokazują serca niewinne, ale tekturowe)

Kapulet - Córko rzucam kłodę pod twoją miłość. Marsz do domu! (wychodzi zły)

Romeo - Coś jakby się skiepściło w naszej miłości.

Julia - Tak, nikt nie rozumie naszej miłości. Coraz trudniej jest kochać, rodzina nas nie rozumie, może chociaż narrator rzeknie nam dobre słowo.

Narrator - Wszyscy na całym świecie widzą, że oni tu zaraz powymierają i jedno i drugie, to może im nie zaszkodzi jak im trochę poubliżam. Eeeeee, ale wy to jesteście wieśniaki. (Romeo i Julia wymierają przez upadnięcie na ziemię) O zaszkodziło.

K O N I E C

 

24.XI.1995.

Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.

^ do góry


> Skąpy

Narrator - Była wiosna 1776 roku. Drogą nieopodal opłotków szedł skąpy Jakub. Jakub był skąpym bardzo człowiekiem tzn. oszczędzał na sobie, oszczędzał na żonie, oszczędzał na dzieciach, że aż ich nie miał. Aż nagle znienacka los go nie oszczędził. Zgubił pieniądza. I teraz będzie rozpaczał.

Jakub - Oj zgubiłem, zgubiłem, zgubiłem, zgubiłem, zgubiłem i nie mam. Oj coś se zrobię?

Narrator - Coś se zrobisz powiesisz się.

Matka - A mówiłam Jakub, mówiłam? Pilnuj pieniądza? Mówiłam?

Jakub - Jeszcze nie.

Matka - To mówię. (poszła)

Narrator - Postanowił powiesić się i już szedł do sklepu z powrozami, aż tu nagle znienacka naszła go myśl.

Jakub - Łoj!

Narrator - Co?

Jakub - Myśl mnie naszła. Łoj. Powróz kupować, pieniądza tracić?

Matka - A mówiłam Jakub pieniądza pilnować? Mówiłam Jakub? Mówiłam?

Jakub - Mówiłaś.

Matka - Aaaaaa.

Narrator - Matka sobie poszła, pogoda była ładna, aż tu nagle znienacka...

Jakub - Łoj!

Narrator - Myśl?

Jakub - No. (uśmiecha się) Po co powróz kupować kiedy można go buchnąć? (schodzi)

Narrator - Tak więc Jakub wiosną 1776 roku poszedł sznur kraść, bo oszczędnym był nie? Wiosną 1776 roku 10 minut później sznur już miał. Czyn to był cyniczny, bo?

Samobójca - Cholera, sznur mi zginął. Jak ja się teraz powieszę? Co ja zrobię?

Jakub - Idź się utop.

Samobójca - No no no no no. (schodzi)

Narrator - Już byłby się Jakub powiesił, aż tu nagle okazało się, że sąsiedzi...

Sąsiad I - Wszystko widzieli.

Sąsiad II - śmy.

Matka - Mówiłam nie?

Jakub - No.

Matka - A a a a.

Sąsiedzi - Za ten czyn cyniczny kara będzie.

Jakub - A jaka kara?

Sąsiedzi - Śmierci. Dyndać będziesz, dyndać, dyndać, dyndać, dyndać kara będzie.

Narrator - Pogoda była, wiosna była a matka jest matka.

Matka - To o tych pieniądzach ja już przestanę. Syn jest syn. Żal mi się robi ach, och, eeeech, pieniądza zgubiłeś a teraz cię powieszą.

Jakub - Nie płacz mamo hi, hi, hi. Przecież będę wisiał za darmo.

KONIEC

 

10. 1995r.

Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania znanego Wojtka Kamińskiego pod tym samym tytułem.

^ do góry


> Trędowata

Narrator - Żeby rozpocząć skecz musimy sobie odpowiedzieć na parę pytań. Po pierwsze: co to jest trędowata, kim była trędowata i dlaczego trędowata. Odpowiadamy na pytania.

Kolega - Odpowiadam na pytanie drugie kim była trędowata - trędowata była Stefcią. To może teraz odpowiem na pytanie trzecie dlaczego trędowata - trędowata bo biedna i na pytanie co to jest trędowata powiem - trędowata to taka trędowata co jest trędowata wewnętrznie. Czy coś wygrałem?

Narrator - Nie. Podsumowanie: Trędowata to była Stefcia co była chora społecznie na biedę. He he, biedna a się rzucała na tego Ordynata.

Stefcia - Ordynacie kocham cię.

Ordynat - A idź mi z tym swoim kocham.

Stefcia - Ty też mi mówiłeś, że mnie kochasz.

Ordynat - A bo człowiek czasami tak coś walnie!

Stefcia - Ty też mnie kochaj, ładna jestem.

Ordynat - Ładna ładna ale chora społecznie. Ręka ci odpada.

Stefcia - Gdzie?

Ordynat - Nigdzie. Ja tak w przenośni.

Stefcia - Ty mi tak przenośnią dokuczasz a obiecałeś mi bal.

Ordynat - Bal bal, co ty wiesz o balu?!

Stefcia - Jak to? Bal to zabawa, taniec, bigos.

Ordynat - No dooobrze, ale jakby cię tam ktoś wyzywał to bądź przygotowana.

Narrator - No i stało się jak mówiłem wcześniej, to znaczy dopiero powiem. Poszli na bal i całe towarzystwo zaczęło się z niej śmiać, że trędowata.

(Stefcia i Ordynat tańczą)

Kolega - Eee trędowata, palca se podnieś!

Stefcia - Czuję, że to do mnie. A ty mnie nie bronisz?

Ordynat - Trochę cię pobronię ale nie za dużo.

Kolega II - Eee trędowata, ucho se podnieś.

Ordynat - Nic nie musi podnosić. Jej ucho!

Koledzy - Trędowata, trędowata, trędowata!

Ordynat - Zezowata, zezowata! Trochę cię obroniłem nie?

Kolega - Ty tak z nią chodzisz a na zdrową cię nie stać?

Stefcia - Bardzo przeżyłam tą wypowiedź.

Kolega II - Ordynacie ty też się zaraziłeś, godność ci odpada.

Kolega - Nie chcielibyśmy być złośliwi ale ty się chyba trochę psujesz.

Ordynat - A jakbym jej dowalił?

Koledzy - No no no.

Ordynat - Ty taka owaka bez pieniędzy!

Stefcia - Bez pieniędzy też cię kocham.

Ordynat - A ja cię bez pieniędzy jakoś źle spostrzegam.

Stefcia - Nienawidzę was łotry, wybiegam stąd.

Narrator - I wybiegła stąd i tak biegała, biegała jak ta sarenka po łąkach, drogach polnych a deszcz jej padał na głowę a głowa to wiadomo, albo zapalenie opon mózgowych i inne, wzięła się i przeziębiła, poszła więc do łóżka umierać.

Stefcia - Umieram Ordynacie.

Ordynat - Nie umieraj, jeszcze będzie szałowo.

Stefcia - Nie rozumiesz? Ja konam.

Ordynat - A rozumiem, to konaj.

Narrator - I skonała.

KONIEC

 

28.XI.1995r.

Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.

^ do góry


> Zorro

Kapitan - Chłopie meksykański z podatkiem zalegasz a mnie to nie na rękę płać. (wyciąga rękę)

Chłop - Nie mam czym. Ziarno myszy zjadły.

Kapitan - Zapłać kartoflami.

Chłop - Nie mogę kartoflami, bo czym wykarmię dzieci oraz żonę oraz trzodę chlewną?!

Kapitan - Chłopie meksykański ziarno, kartofle albo szablą po głowie wybieraj!

Chłop - A można szablą po nodze? Na pewno tak samo boli a zostanie mi jeszcze druga.

Kapitan - Można ale w głowę będzie okrutniej.

(wchodzi Donna Dolores piękna tego dnia jak jutrzenka)

Donna - Kapitanie Monastario nie dręcz bezbronnego chłopa szablą!

Kapitan - Niech się Donna Dolores nie wtrąca w uciskanie chłopa.

Donna - Będę się wtrącać, chłopa meksykańskiego bronić będę własny m ciałem a jak mnie tkniesz to się Zorro z tobą policzy po ryju.

Kapitan - Zorra się nie boję.

Donna - Bój się.

Kapitan - Nie boję się.

Donna - No bój się.

Kapitan - Nie boję się.

Donna - To ja się boję Zorro! Zorro! Ratuj!

Zorro - O ho ho! Co my tu mamy?! Kapitan Monastario dręczy Dolores na tle chłopa meksykańskiego.

Donna - Zorro ratuj przed okrutnym kapitanem!

Zorro - Oczywiście. Czego chcesz od Donny Dolores?

Kapitan - Od Donny Dolores nic.

Zorro - A to przepraszam. (chce wyjść)

Donna - Zorro, bądź szlachetny ratuj!

Zorro - Oczywiście. Pytam jeszcze raz czego chcesz od Donny Dolores?

Kapitan - Mówiłem nic.

Zorro - To jeszcze raz przepraszam. (znów chce wyjść)

Donna - Zorro!

Zorro - Czego?

Kapitan - Nic!

Zorro - O co tutaj chodzi?!

Donna - Chłopa ratuj głupku w czarnych okularach.

Zorro - Aha już wiem. Kapitanie czego chcesz od meksykańskiego chłopa?

Kapitan - Ziarna, kartofli albo szablą po głowie.

Zorro - To teraz już nie przepraszam nie?

Donna - Nie, teraz będziesz walczyć.

Zorro - Kapitanie będziemy walczyć ale i tak byś przegrał to cię zabiję od razu. (zabija) Kapitan nie żyje tak?

Chłop - Tak.

Zorro - Uratowałem cię tak?

Chłop - Tak.

Zorro - To płać.

Chłop - Czym?

Zorro - Ziarnem.

Chłop - To lepiej od razu szablą po głowie.

Zorro - Dobra. (daje mu szablą po głowie, chłopa boli wiec upada i sobie cichutko umiera)

Donna - Zabiłeś chłopa!

Zorro - No tak. I chłopa i kapitana, Tyle się człowiek namacha a zarobku żadnego.

KONIEC

 

11.12.95 r.

Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania znanego Wojtka Kamińskiego pod tym samym tytułem.


Wszelkie prawa zastrzeżone 1994-2007 kabaret JURKI