 |
| |
 |
> Colombo
> Czarna dziura
> Drakula
> Dziady cz. V
> Dzień dobry
> Imieniny wujka Kazimierza
> Krzyżacy - jak zachować twarz
> Kultura jak marzenie |
|
> Latawiec
> Na granicy
> Na leżąco
> Piosenka żołnierska
> Romans
> Skecz socjologiczny
> Tusza
> Znachor Stefan
|
> Colombo
(Colombo wchodzi w brudnym prochowcu i mówi do widowni)
Colombo: - Czy był tu taki facet co wygląda jak morderca ? (patrzy się na widzów) Widzę, że nie odpowiecie. To ja odpowiem - jeszcze nie było. Teraz wyjdę, a jak wrócę to morderca ma być. (wychodzi za drugie kulisy a z drugiej strony wypychają "Jurka" zwanego Stevenem)
Steven: - Co mnie wypychacie?! Ja mam alibi.
Colombo: - Halo, proszę pana.
Steven: - Ja mam alibi.
Colombo: - A zapałki pan ma?
Steven: - Nie mam.
Colombo: - A, to przepraszam. (Steven chce wyjść)
Colombo: - Aaa, jedna chwila. A to alibi to jakie?
Steven: - Morderstwo jak się odbywało to byłem na imieninach.
Colombo: - To nie jest dobre alibi
Steven: - Jak niedobre? Fajne imieniny. Helga rzygała.
Colombo: - Chętnie przesłucham imieniny.
Steven: - To pan imieninom będzie wierzył?! One są pijane.
Colombo: - Pijane czy nie, wprowadzić imieniny.
(wjeżdżają samobieżne imieniny, hucznie rozbawione)
Colombo: - Mam parę pytań. Jak jest na imieninach?
Imieniny: - Fajnie ha ha. (prezentują jak jest fajnie)
Colombo: - A wiecie, że jak się tu bawicie to ktoś kogoś morduje?
Imieniny: - Właśnie sęk w tym, że nic a nic.
Colombo: - A która to Helga?
Helga: - A co?
Colombo: - Podobno pani rzygała.
Helga: - Bo torciku za dużo. Nie było rady. To poszłam po rozum do głowy i po drodze paw wyleciał.
Imieniny: - He he, ale było!
Colombo: - Czy na imieninach był Steven?
Imieniny: - No, no, był. He he!
Helga: - Przestańcie! O co wam chodzi?!
Colombo: - A o której wyszedł?
Steven: - (przy kulisie) - Nie mówcie! Wódkę wam postawię! A ciebie Helga to kocham!
Imieniny: - O! To nie powiemy.
Colombo: - Zrozumiałem. Zadaję pytanie a odpowiedzi nie usłyszałem. I ja wnioski potrafię wyciągnąć. I teraz wy odpowiecie, a ja nie zadam pytania.
Helga: - Morderstwo było O 22 00 .
Steven: - Panie poruczniku. Nie chciałbym się zdradzić ale morderstwo było o 21 00 .
Helga: - To o 20 30 .
Colombo: - (szeptem) - Ale co o 20 30 ?
Imieniny: - (wskazują głowami synchronicznie)
Colombo: - (pełny szept) - Co?
Imieniny: - Wyszedł. Steven.
Steven: - Co?! Jużeście wrąbali?!
Imieniny: - No bo my tej wódki już nie chcemy, bo to i Helga jakaś taka padnięta.
Steven: - Zawiodłem się na was.
Colombo: - Aresztuję pana. (Steven podnosi ręce do góry). Idziemy. Colombo: - Aaa właśnie. Jeszcze tylko jedno. Kto ma te imieniny?
Imieniny: - Ja.
Colombo : - Sto lat, sto lat, niech żyje żyje nam, sto lat sto lat niech żyje żyje nam, jeszcze raz, jeszcze raz... (śpiewa piosenkę do końca, odbierając tym samym nadzieję wśród publiczności) Idziemy. Jeszcze tylko jedno. Niech mu gwiazdka pomyślności... (i resztki nadziei też) Idziemy. Jeszcze tylko jedno. Te imieniny zrobiły się jakieś takie drętwe. (schodzą)
20.05.1996r.
Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania Joanny Chudej iGrzegorza Halamy pod tym samym tytułem.
|
|
> Czarna dziura
Pacjent -Dzień dobry. Panie doktorze, mam w mózgu ogromną, czarna dziurę. Aaaale.
Lekarz -Ale co?
Pacjent -Zaraz.o czym to ja mówiłem?
Lekarz -Że ma pan w mózgu ogromną, czarną dziurę. Ale.
Pacjent -Ale co?
Lekarz -Tak pan powiedział. Ale. i pan zapytał o czym to pan mówił.
Pacjent -A o czym ja mówiłem?
Lekarz -No, że ma pan w mózgu czarną dziurę. Ale.
Pacjent -Pan chce mi coś powiedzieć?
Lekarz - Nie. To pan chciał mi coś powiedzieć, ale pan urwał przez tą dziurę.
Pacjent -Jaka dziurę?
Lekarz -No, pańską. W pana mózgu.
Pacjent -W moim mózgu?
Lekarz -Pewnie przez nią pan nie pamięta, co przed chwilą panu powiedziałem.
Pacjent -A co pan mi powiedział?
Lekarz - Nie no, nie dogadam się z panem . Najlepiej będzie, jak porozmawiam z pana rodziną. Czy ma pan rodzinę? Proszę pana, słyszy mnie pan?!
Pacjent - Dzień dobry. Panie doktorze, mam w mózgu ogromną, czarna dziurę. Aaaale.
Lekarz -Pan już to mówił. Słyszy mnie pan! Halo! (macha mu przed oczyma ) Halo!!!
(pacjent tez zaczyna machać, jak na pożegnanie ) Pa pa! Tatusiu, pa pa!
(wchodzi kobieta - żona)
Kobieta -Aaa, tu jesteś Leonie. Wszędzie cię szukam.
Lekarz -Czy pani jest rodziną tego pana?
Kobieta -Nie, jestem żoną, a co?
Lekarz -On jest prawdopodobnie poważnie chory. Zupełnie nie można się z nim dogadać. Wciąż coś mówi o jakieś czarnej dziurze.
(kobieta bierze lekarza na bok i konspiracyjnie prawie szeptem pyta))
Kobieta -Powiedział czarna dziura?
Lekarz -Tak powiedział.
Kobieta -Mój Boże, my ciągle się o to kłócimy. Ona jest biała panie doktorze, biała!!!
Lekarz -Biała.?
Kobieta -Tak, na pewno biała. ( mówi szeptem ) I powiem panu w tajemnicy, że ja ją wczoraj ujrzałam. Tylko niech pan nie mówi Leonowi, bo będzie zazdrosny.
Pacjent - Aaaale moja żona mówi, że jest biała.
Kobieta -Idziemy Leonku, czas do domu, chodźmy.
Pacjent - Tak chodźmy, to jakiś wariat. Ja się z nim w ogóle nie mogę dogadać.
Aga Litwin
^ do góry |
|
> Drakula
Narrator: - Na zamku żył sobie hrabia Dracula. Pewnego dnia zapłakał w tym swoim zamku bo samotnym był.
Dracula: - Uuu. (wyje Dracula drżąc za kulisami)
Narrator: - To chodź Dracula, chodź. 600 litrów krwi chce cię zobaczyć. (wchodzi Dracula)
Dracula: - I am Dracula. A jestem samotny. Leonie! Źle mi w życiu. (wchodzi Leon)
Leon: - Co podać? To, czy biczyk?
Dracula: - Biczyk. (Dracula bije biczykiem Leona po plerach) Źle mi w życiu! Cierpię cierpię!
Leon: - Mogę trochę ja?
Dracula: - Tak.
Leon: - Cierpię cierpię cierpię dobra zmiana.
Dracula: - Cierpię cierpię. (Dracula przestaje bić Leona) I am Dracula. A jestem taki samotny uuu!
Leon: - Hrabio, pan ma moc, a babki se pan nie ściągnie do zamku?
Dracula: - A to fajny pomysł jest. Ale żeby miastowa była. Nie lubię wieśniar brrr.
Leon: - Panie hrabio, proszę się napiąć i przyciągnąć miastową.
Dracula: - A ty co chamie, będziesz mnie pouczał. Jak ja się chciałem napiąć to ty dopiero mówiłeś: cierpię cierpię. Patrz chamie. (Dracula się napina a zza kulis słychać dziewczęce gęganie, na scenę tyłem wpada przyciągany wsiór)
Ona: - Joj! Co się ze mną dzieji?! Co się ze mną dzieji?! Joj! Co mnie tak przyciągo? Co się dzieji?
Dracula: - Miała być miastowa.
Ona: - Ja miastowa, mało co. Ja ucza się w wieczorówce a tylko jak wracam do dom to śpia na wsi.
Dracula: - A pódziesz wieśniaku!!!
Ona: - A co to komu szkodzi?
Dracula: - Szkodzi. Wsiowe są durne. Ani pogadać ani wypić.
Ona: - Jak? Czemu?
Dracula: - No co? Pogadasz?
Ona: - Spróbuja.
Dracula: - Co sądzisz o kulturze?
Ona: - No...phi...kultura ...no co.
Leon: - (podpowiadając jej) - No...Pink Floyd, Led Zeppelin, Beatlesi...
Dracula: - Leonie przestań. Niech se wieśniak sam radzi.
Ona: - No co? Kultura jest ...w domu kultury.
Dracula: - Proszę damy ze szkoły wieczorowej. Ja tu damy nie chcę. Niech se wieczorówka wraca do tej swojej wsi. Ja mam godność a nie jakieś tam domy kultury. Leonie wyprowadzić. (Leon wyprowadza ją i wraca)
Dracula: - I am Dracula uuu. Muszę znów się napiąć. (napina się)
(wpada ta sama, ale juz damulka z miasta)
Ona: - Oj! Ach! Oj! Co się dzieje?! O, znajomy pan Dracula.
Dracula: - O znajomy tuman.
Ona: - Wypraszam sobie.
Dracula: - Widzę, że coś się zmieniło.
Ona: - Skończyłam wieczorówkę. W mieście mieszkam.
Dracula: - Aha, to zacznę od razu. Można się wkłuć w szyję waćpanny?
Ona: - A nie.
Dracula: - Leonie wymyśl coś. Ale nie pouczaj tylko rzuć luźną uwagę.
Leon: - Że tak luźno rzucę: kobietę jak się zmusi to nie odmawia.
Dracula: - Waćpanno?
Ona: - Tak?
Dracula: - Zmuszam.
Ona: - To trzeba było od razu mówić, że zmuszacie. (podchodzi dobrowolnie, a nawet chętnie do Draculi i nastawia szyjkę)
Dracula: - Leonie, gwóźdź. (Leon daje, Dracula dziurawi szyję waćpanny, pije przez słomkę, ona najpierw więdnie, a później odchodzi z tego świata, czyli umiera) Leonie, chusteczkę. (Leon daje)
Leon: - Hrabio. Wrażenia.
Dracula: - (trochę rozczarowany) Babka może i z miasta, ale krew ze wsi.
KONIEC
28.03.1996r.
Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.
|
|
> Dziady cz. V
(na scenę wychodzi trzech chłopaków, dwóch staje na skraju a trzeci dyskutuje z nimi na przemian o Romantyzmie i malarstwie)
Paweł - (szeptem) Wiesz, Kordian był postacią tragiczną, on był rozdarty wiesz, pomiędzy Bogiem a tym ruchem wyzwoleńczym, chciał a jednocześnie rozumiesz.
Wiesiek - Bo on, bo wiesz Mickiewicz, to kurczę Romantyzm .
Paweł - Nie? Kurczę a zobacz ten Konrad też nie?
Arek - (woła cicho) Paweł, Paweł.
Paweł - (do Wieśka) Poczekaj chwileczkę. (idzie do Arka)
Arek - Prawdziwe malarstwo zaczęło się jednak od Impresjonizmu. (cmoka) Pst . obraz nie może być zdjęciem fotograficznym, to musi iść przez środek.
Paweł - W ten sposób negujemy Raffaela, Michała Anioła, Renoira.
Arek - Ale wiesz, to jest cholernie ważne, nie odzierać artysty z jego dzieła .
Paweł - Pomyślę jeszcze. (wraca do Wieśka) Wiesiek, to kurczę nie jest tak. A Grażyna jednak kobieta. Romantyzm. Pełna wyrzutów, spadła z konia, jednak umarła.
Wiesiek - Ale Paweł, jednak romantyk nie lubi hałasu i ucieka do lasu. Paweł która jest?
Paweł - Dwudziesta druga. Czas zarobić trochę szmalu. (głośno) Arek! (pokazuje dwa palce) Dwa dwa!!!
(chłopaki zmieniają się w bandziorów, wkładają kastety, pieszczochy, jeden wyciąga łańcuch, Paweł podnosi włosy i lakieruje sprayem ale nadal trzyma ręką)
Paweł - (trzymając włosy) No, nie sam sztuką człowiek żyje. Wiesiek! (puszcz włosy)
Wiesiek - Stoją!
Arek - (woła za kulisy) Halo, można pana prosić?! (pan za kulisami krzyczy i ucieka z obłędem w oczach) A panią?!
Pani - (wchodzi) Proszę?
Paweł - Wyskakuj z torebki.!!!
Pani - Czemu?
Wiesiek - Bo nie ma marmolady!!!
(Paweł łapie za torebkę ale pani trzyma kurczowo i nie puszcza, Paweł uparcie ciągnie, więc bardzo długo i w kompletnej ciszy przeciąga panią po całej scenie)
Paweł - (do chłopaków) E, mówcie coś.
Arek - No, dawaj torebkę! Dawaj!
Wiesiek - Puść torebkę bo lutnę!!!
Arek - Nie szarp!!! W nery ją!!!
Pani - Pomocy!!! Pomocy!!!
Paweł - Chłopaki zagłuszyć ją!
Arek - Wiesiek, plan A.
Chłopaki - Ciiii, ciii .
Pani - Pomocy!!! Pomocy!!!
Paweł - Chłopaki.
Wiesiek - Arek, plan B.
Chłopaki - Beee beee .
Paweł - (do nich) Łańcuch!
Arek - (wyciąga łańcuch choinkowy i daje Pawłowi)
Paweł - (bije ją tym łańcuchem) Coś ty mi dał?! Daj prawdziwy!
Pani - Nie nie! Ten jest dobry, ja już prawie straciłam przytomność. Uderz jeszcze raz.
Paweł - (uderza, ona pada, Wiesiek zabiera torebkę) Chłopaki spadamy!
Wiesiek - Ale nie skopiemy jej?
Arek - Ja bym jej nie kopał.
Paweł - (cicho prowadzi dyskusję) Wiesz, kurczę życie to w pewnym sensie teatr, w życiu jak w teatrze należy zachować pewną umowność, nie?
Wiesiek - Ale pozwólmy jej poczuć ból istnienia, Grażyna coś straciła ale coś jednak zyskała .
Arek - Naturalizm w teatrze jest żałosny, Paweł biorąc pod uwagę . (schodzą)
KONIEC
autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania znanego Wojtka Kamińskiego pod tym samym tytułem 26.II.1998r.
|
|
> Dzień dobry
Narrator - Witam serdecznie. Zobaczą państwo coś co określam scenką. W scence zagra ojciec. Gdy owioniecie go spojrzeniem od razu widać, że jest to ojciec. Matka wyjechała do Kielc, dlatego za karę nie wystąpi. Ponadto pojawią się dziewczyna i chłopak, których określam jako parę. Wszystkie imiona podobne do imienia Stefan są przypadkowe. Wystąpią: Stefan Wałęsa (kłania się ojciec) , Stefan Krzaklewski (kłania się syn) oraz Stefan Sierakowska (kłania się dziewczyna) . Zaczyna Stefan Krzaklewski.
Chłopak - Cześć tato.
Dziewczyna - Dzień dobry.
Ojciec - Cześć dzień dobry.
Chłopak - Mamy nie ma?
Ojciec - Wyjechała do Kielc.
Chłopak - Przecież my mieszkamy w Kielcach.
Ojciec - Och ta matka i jej bezsensowne wyjazdy.
Chłopak - Tato, ojcze, oto Stefania - moja dziewczyna.
Dziewczyna - Stefan. Dzień dobry.
Ojciec - Dzień dobry.
Chłopak - Chcemy wziąć ślub.
Ojciec - Ślub.
Chłopak - Ślub.
Narrator - Ślub.
Dziewczyna - Dzień dobry.
Ojciec - Ślub? Super. Ale zadam wam parę pytań.
Chłopak - Jestem gotów.
Ojciec - A Stefania?
Dziewczyna - Dzień dobry.
Ojciec - Jak długo z nią jesteś?
Chłopak - Rok.
Ojciec - (do niej) A ty z nim?
Dziewczyna - Dzień dobry.
Ojciec - Hm. Kim są jej rodzice?
Chłopak - Matka krawcowa a ojciec szwacz.
Ojciec - (do niej) A kim są jego rodzice?
Dziewczyna - Dzień dobry.
Chłopak - (z troską kładzie jej rękę na ramieniu) Co? Nie jest łatwo nie?
Dziewczyna - (skwapliwie potwierdza głową)
Ojciec - Ciekawe co by matka na to powiedziała?
Ktoś - (wchodzi z telefonem) Dzwoni matka z Kielc.
Narrator - Spław ją jakoś.
Ktoś - (do słuchawki) Spadaj! (wychodzi)
Chłopak - Ciekawe co by powiedziała?
Ojciec - No! (zaciera ręce) Znamy się na tyle, że mogę zapytać wprost. Co . (zaciera ręce) dziecko w drodze?!
(ona delikatnie wciąga brzuch)
Chłopak - Tato . to trudno odpowiedzieć.
Ojciec - Rozumiem, sam mam syna. Ułatwię wam. A - tak dziecko w drodze, B - nie, C - hi hi.
Chłopak - A.
Narrator - (w kierunku widowni) C.
Ojciec - Czy to na pewno jego dziecko?
Dziewczyna - Dzień dobry.
Ojciec - Nie nie nie. Stefanio .
Dziewczyna - Dzień dobry.
Chłopak - Stefanio .
Dziewczyna - Dzień dobry.
Narrator - (poprawia) Stefan.
Dziewczyna - Dzień dobry.
Ojciec - (do syna) To twoje dziecko?
Chłopak - Tak.
Ojciec - No. (do niej) I teraz już kończę. Odpowiedz mi tylko czy kochasz Stefana. A - tak, B - nie wiem, C - dzień dobry.
Dziewczyna - C.
Ojciec - (do narratora) Co mam z nią zrobić?
Narrator - Wygnać do Kielc.
Ojciec - A co ze Stefanem?
Narrator - Osiodłać.
Ojciec - No dobra! (z rozmachem) Narzeczona do Kielc! (wyrzuca ją) A syna osiodłać! (wychodzą)
Narrator - Być może jestem cyniczny ale uważam, że miejsce kobiet jest w Kielcach.
28.04.1997r. autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania znanego Wojtka Kamińskiego pod tym samym tytułem.
^ do góry |
|
> Imieniny wuja Kazimierza
Narrator - Kabaret "Jurki" zaprezentuje państwu inscenizację z zakresu patologii społecznej pt. "Imieniny wuja Kazimierza". Występują. (pauza) W rolach głównych - (pauza) wuj Kazimierz. W pozostałych rolach - Stefan, Zdzisław oraz Danka. Wprowadzenie - narrator.
Oto człowiek Kazimierz. Popatrzcie na niego. Dobra. A teraz popatrzcie na mnie. Chociaż trudno w to uwierzyć, powiem wam coś banalnego. Raz w roku, na każdego człowieka, niczym orła cień spada święto - imieniny. Dziś jest Kazimierza . (Kazimierz spogląda jakby przyłapany) A rodzina pamięta. (rozlega się złowrogie pukanie do drzwi, to puka rodzina)
Wuj - Proszę!...
Rodzina - "Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam..."
Wuj - Nie wchodzić!
Rodzina - Za późno. "Jeszcze raz, jeszcze raz, niech żyje, żyje nam". A kto? Wuj Kazimierz.
(rodzina prezentuje montaż poetycko - ruchowy dla wuja Kazimierza jak co roku)
Stefan - Drogi wuju, przynieśliśmy ci w prezencie...
Zdzisław -... kwiaty i laurkę jak co roku i życzymy ci...
Danka - ...dużo zdrowia i jeszcze więcej pieniędzy i żeby twoja...
Wuj - ... hojność nie znała granic jak co roku.
Danka - Wuj taki dobry.
Stefan - Jak zdrowie wuja Kazimierza?
Zdzisław - Jak wyniki EKG?
Stefan - Co w pracy?
Wuj - Skończcie ten cyrk. I tak wiem, że przyszliście po pieniądze.
Danka - Wuj taki dobry.
Stefan - Dobrze wuju. Pogawędzimy w przyszłym roku a konkretnie, chcieliśmy 500 a weźmiemy tylko 100.
Wuj - Co?! Aż 100?!
Zdzichu - Wuju Kazimierzu. "Aż" to jest 500, a 100 to już "tylko".
Danka - Wuj taki dobry.
Wuj - O nie! Chcecie 100 to się bardziej postarajcie.
Stefan - A kwiaty mało?! A wuj wie jak Zdzisław z tymi kwiatami ryzykował?
Danka - A mnie jak matczyne serce bolało kiedy dziecko szarpałam, żeby laurka gotowa była przed świtem?
Wuj - A mi chodzi o coś więcej.
Stefan - (po chwili w natchnionym tonie) - Wiem. Chodzi o sztukę.
Zdzisław - (z nawiedzeniem) - Teatr.
Danka - (też z nawiedzeniem) - Współczesny.
Zdzisław - W sztuce występują - Wuj Kazimierz (kłania się Stefan i zabiera od wuja akcesoria: wąsy i fajkę) , Zdzisław (kłania się Zdzisław) oraz Stefan (kłania się Danka).
SZTUKA
Zdzisław - ...jeszcze raz, jeszcze raz, niech żyje, żyje nam, a kto? Wuj Kazimierz.
Danka - Drogi wuju, przynieśliśmy ci w prezencie...
Zdzisław - ...jak co roku.
Wuj - (ocierając łzę chusteczką) - Mój Boże, jesteście najwspanialszą rodziną na świecie. Nie wiem jak się wam odwdzięczyć.
Zdzisław - Wuju później.
Wuj - Teraz. To mój obowiązek. (wszyscy zerkają na wuja Kazimierza) Mam tu dla was 500. ( wyciąga karteczkę z napisem "500")
Danka - Aż 500?!
Wuj - 500 to jest "tylko", "aż" to jest 1000... (wszyscy zerkają znacząco na wuja)
Zdzisław - Wuju, nie obraź się, weźmiemy tylko 100.
Stefan - (wyciąga karteczkę z napisem "100") - Jesteście tacy kochani. Proszę. (i daje i kłaniają się wujowi lecz wuj nie bije brawo)
KONIEC
Stefan - Braw nie będzie?
Wuj - Nie będzie.
Stefan - Nie będzie?
Wuj - Ja tego nie zrozumiałem. Prawdziwa sztuka tak nie wygląda.
Zdzisław - A jak?
Wuj - Tak. Teatr realistyczny przedstawi sztukę w jednym akcie. W roli wuja - wuj, w roli rodziny - rodzina. (kłaniają się sobie nawzajem)
Stefan - Kto zaczyna?
Wuj - Wuj. Proszę kwiaty (oddaje kwiaty), proszę laurkę (oddaje laurkę) , proszę wyjść. (rodzina niezdecydowanie cofa się do kulis) Grajcie grajcie . (patrzy się w kierunku publiczności) Co? Braw nie będzie? ( publiczność oczywiście bije brawo, bo to przecież świetna puenta) .
KONIEC
14.08.1996r.
Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania znanego Wojtka Kamińskiego pod tym samym tytułem.
^ do góry |
|
> Krzyżacy - jak zachować twarz
(Na scenę wchodzi Wielki Mistrz, pelerynę ma zapisaną różnym napisami i różnymi długopisami, czyta z peleryny pod nosem) Mistrz - Podczas bitwy w górach wykorzystywać warunki górskie (olśnienie!) No jasne. A podczas bitwy na nizinach wykorzystywać warunki nizinne. (zapisuje to na pelerynie i notuje dalej na głos) I przygotować pieśń bojową. (O!) Zaraz! (przerzuca połacie peleryny w poszukiwaniu notatki) Zygfryd! (wchodzi Zygfryd) Miałeś przygotować pieśń bojową dla naszego wojska!
Zygfryd - Gotowe. Hermina!
Hermina - (wchodzi Hermina z czerwoną kokardą pod szyją, czerwone poliki, pompony na butach i śpiewa) "Iś auzung, ti li di li di iś tule dule, ti li di li di mai frojnd in pac, ti li di li di unzain runzain kotleten zi, gilen gilen grill, iś aufen zi in bri. Glikliś".
Mistrz - Zygfryd, nie idziemy na festyn tylko na wojnę. Musi być groźnie.
Zygfryd - Hermina, groźnie.
Hermina - (śpiewa to samo tylko marszcząc brwi i tupiąc do rytmu jedną nogą)
Mistrz - Wyprowadzić i obić mokrą szmatą! (Zygfryd wyprowadza zdziwioną Herminę) Idiotyczna piosenka. (nuci z pogardą) Iś auzung ti li di li di . Ale chwytliwe.
Rycerz - (wchodzi) Mistrzu! Mistrzu!
Mistrz - Nie przeszkadzaj. Właśnie tworzę. Posłuchaj. (śpiewa) Iś auzung ti li ti li di .
Rycerz - Mistrzu, po co to?
Mistrz - Wymyślam oprawę muzyczną do bitwy. Do tego układy choreograficzne z mieczami, piwko, kiełbaski, w części kulminacyjnej OTTO z Brandenburgii . Obliczyłem, że nawet jak przegramy to wyjdziemy na tym lepiej niż Polacy.
Rycerz - No właśnie, bitwa. Dzisiaj jest trzynastego lipca. Na jutro jesteśmy umówieni z Jagiełłą !
Mistrz - Co?! Chryste! (patrzy na jedną stronę płachty, potem na drugą) Podaj mi plecy! (Rycerz podaje, Mistrz czyta) Szlag by trafił! Jutro bitwa a tu nic nie gotowe.
Rycerz - Przed chwilą wysłałem Hansa , żeby Danuśkę od zmysłów odprowadził,
ale nie wiem, czy zdąży do jutra. Do tego przed zamkiem stoi Jurand ze Spychowa i się patrzy.
Mistrz - Jak to się patrzy?
Rycerz - No głupio się patrzy.
Mistrz - To wypalcie mu oczy. A jak się będzie dalej patrzył to obetnijcie mu język i rękę.
Rycerz - Zygfryd!
(Zygfryd zza kulis: Nie mam czasu! Biję szmatą!)
Rycerz - Udo! (wchodzi Udo) Weź paru ludzi i zajmijcie się Jurandem.
Udo - Ale wszyscy uczą swoje konie tupania do taktu.
Mistrz - Czego?
Udo - No tak. (pokazuje przeskakując z jednej nóżki na drugą, jak konik po prostu)
Mistrz - Tupania do taktu? Kto to wymyślił?
Udo - Ty.
Mistrz - Ja? Jak ja sobie to wyobrażałem?
Udo - Normalnie. (pokazuje jak normalnie przeskakując z jednej nóżki na drugą, jak konik po prostu)
Zygfryd - (Zygfryd bierze Mistrza na bok i mówi szeptem patrząc na Udo) Mistrzu, możemy przegrać. Staniemy się pośmiewiskiem w całej Europie.
Mistrz - Tak nie może być . (O!) Ocucić Herminę. Puścimy ją przodem, my będziemy z tyłu. Tym sposobem to ona stanie się pośmiewiskiem a my zwyczajnie przegramy.
KONIEC
Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania znanego Wojtka Kamińskiego pod tym samym tytułem.
13.07.1997r.
^ do góry
|
|
> Kultura jak marzenie
(wchodzi narrator i facet)
Narrator - Proszę państwa, mamy tutaj ścianę (pokazuje ją), okna, podłogę, drzwi. Czyli można powiedzieć - dom. Teraz ty powiedz dzień dobry .
Facet - Dzień dobry.
Narrator - I mamy też kulturę. Czyli możemy powiedzieć, że dom kultury. I proszę, Co możemy znaleźć w domu kultury?
Facet - Możemy znaleźć: stolik...
Narrator - Dobrze.
Facet - Krzesła...
Narrator - Dobrze.
Facet - Portfel...
Narrator - Hm...Dobrze.
Facet - I kulturę.
Narrator - Dobrze. I co jeszcze?
Facet - ?
Narrator - Dyre .
Facet - Dyrektora domu kultury.
Narrator - Dobrze. Pan jest dyrektorem domu kultury.
Facet - Dobrze.
Narrator - Czasami do pańskiego domu kultury pukają artyści.
Facet - Dobrze.
(z offu PUK ! PUK!)
Narrator - Słyszał pan? (Facet przytakuje ) A teraz ja zejdę, a pan powie: Proszę. I wszystko się zacznie (schodzi)
Facet - (wypręża się i w mig staje się dyrektorem ) Proszę! (rzeczowo)
(wchodzą artyści)
Facet - A państwo tu co? (oni patrzą na siebie)
Artysta 1 - Jesteśmy artyści.
Facet - No i ...
Artysta 2 - Przyjechaliśmy tutaj wystąpić.
Facet - A dlaczego tutaj? To już nie ma innych domów kultury?
Artysta 2 - No są, ale my tutaj byliśmy umówieni.
Facet - Z kim?
Artysta 1 - No z panem. Rozmawialiśmy przez telefon.
Facet - Nie.
Artysta 2 - Tak.
Facet - Nie.
Artysta 2 - Tak.
Facet - Nie.
Artysta 2 - Tak.
Artysta 1 - Powiedział pan: "Przyjeżdżajcie a wystąpicie. Kaziu, zaparz kawę!" (wchodzi Kaziu)
Kaziu : Panie kierowniku, kawa.
Artysta 2 - (jakby przyłapał) Aha, widzi pan? I teraz głupia sytuacja, bo kawa zaparzona, a my jakoś nie występujemy.
Facet - No dobrze, a jak Kaziu wyniesie kawę to pójdziecie sobie?
Artysta 1 - Nie możemy. To nasz obowiązek wystąpić tutaj. Ludzie chcą nas zobaczyć.
Facet - Kaziu, chcesz państwa zobaczyć?
Kaziu - Nie.
Dyrektor - Proszę państwa. Sprawa jest oczywista. Pan Kaziu nie chce państwa zobaczyć
Artysta 2 - A kim jest pan Kaziu?
Dyrektor - Pan Kaziu normalnie jest panem Kaziem a jak wypije to jest lepszy niż dziesięć artystów.
Artysta 1 - Taki dobry?
Dyrektor - Nie. Tak mędzi, że chce wystąpić.
Artysta 2 - No ale ktoś kupił bilety. (?)
Dyrektor - Dzie. Żaden nie poszedł. Jeszcze trzeba było za trzy bilety zwrócić.
Artysta 1 - A plakaty pan powiesił?
Dyrektor - No powiesiłem jeden ale pies zdrapał.
Artysta 1 - To pan tylko jeden powiesił?
Dyrektor - Jeden. Reszty nie wieszałem bo takie same.
Artysta 1 - To skandal!!!
Artysta 2 - My nie będziemy występować!!!
Dyrektor - No od początku mówiłem.
Artysta 1 - My już tu nigdy nie przyjedziemy! Będziemy pana źle wspominać! (schodzą)
Dyrektor - I pies was zdrapał.
KONIEC
Autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania zespołu "Jurki" pod tym samym tytułem.
13.07.1997r.
^ do góry |
|
> Latawiec
Wzbił się w powietrze
niesiony podmuchem
przez wietrzyk wrześniowy.
Krążył nieśmiało
pod najniższą chmurą
latawiec czerwony.
Jak ptaki na niebie,
jak wiatr, co go niesie.
Jak ptaki na niebie,
jak wiatr, co go niesie.
Beztrosko bujał w błękicie,
przy białym obłoku
zakręcił swobodnie,
był taki wolny,
był taki wolny.
I nagle w górę
strzelił, jak pocisk
niesiony przez wiatr jesienny.
I hen wysoko
zawisł samotnie
w bezmiernej przestrzeni.
Jak ptaki na niebie,
jak wiatr, co go niesie.
Jak ptaki na niebie,
jak wiatr, co go niesie.
Beztrosko bujał w błękicie,
przy białym obłoku
pięknie zakręcił,
był wolny
lecz na uwięzi.
autor - znany Wojtek Kamiński
muzyka - Dariusz Jaros
^ do góry |
|
> Na granicy
(wchodzi strażnik, stawia słup graniczny na scenie) Narrator - Gdzieś w lasach województwa zielonogórskiego, na granicy z Brandenburgią.
Strażnik - "Obława, obława, na młode wilki obława. Te dzikie, zapalczywe, w gęstym lesie wychowane." (wchodzi facet z torbami - typ bazarowy - jest wyraźnie przyczajony, usiłuje minąć strażnika)
Strażnik - Dzień dobry.
Facet - Dzień dobry . (idzie dalej, mijając strażnika, jak tyczkę narciarską)
Strażnik - A co to, straży granicznej się nie poznaje?
Facet - Ich gehe zu meine Familie . (gada coś po niemiecku)
Strażnik - (przerywając ) Chwileczkę. Proszę przejść na polski mikrofon.
Facet - (facet przechodzi, przystaje i pali głupa ) Aaaa, tak człowiek łazi po tym lesie to i zdziczeć może.
Strażnik - A dokąd pan z tym idzie? (na torby)
Facet - (paląc głupa pokazuje ręką za siebie i przed siebie ) No masz, zgubiłem się.
Strażnik - (radośnie ) Aaaa, zgubił się pan? (poważnie, rozkazującym tonem ) Dokumenty proszę!
Facet - Co ? Za dużo niosę?
Strażnik - To się jeszcze okaże. Co to jest ? (pokazuje na torby)
Facet - No, bagaż osobisty.
Strażnik - I tak pan się z tym bagażem w lesie przypadkowo zapędził na niemiecki mikrofon?
Facet - (rozkłada ręce) No tak się zgubiłem, same zbiegi okoliczności he yhe e . (uśmiecha się głupawo)
Strażnik - (stanowczo) Co jest w tych torbach?
Facet - No spodnie i kurtki, a w tej koszulki i.no wie pan, bo w tym lesie, jak w górach, tak się często pogoda zmienia: ciepło-zimno, ciepło-zimno, jak w tej zabawie, zna pan?
Strażnik - Znam, znam. Konkretniej proszę.
Facet - Odzież, spodnie - sztuk 15.
Strażnik - (zagląda z niedowierzaniem ) Piętnaście?
Facet - .Dwadzieścia.
Strażnik - Co? Na handel?
Facet - Nie, dla rodziny. Mam dużą rodzinę.
Strażnik - Co jeszcze?
Facet - Kurtki skórzane - 5.
Strażnik - Też dla rodziny?
Facet - Nie, na handel.
Strażnik - A czy ma pan coś, co nie jest na handel?
Facet - (wyciąga zawiniątko zza pazuchy) Pięćdziesiąt. Wystarczy? (mruga do strażnika)
Strażnik - Uhuhu, ja się zorientowałem. Pan jest groźnym przestępcom i złodziejem.
Facet - Sześćdziesiąt? (mruga)
Strażnik - I w dodatku próbuje mnie pan przekupić śmiesznie małą sumą.
Facet - Siedemdziesiąt to wszystko co mam .( z rozpaczą ) Błagam!
Strażnik - (wyciąga rękę po szmal, stop-klatka, wchodzi Wołoszański)
Wołoszański - Ten wziął tylko siedemdziesiąt. Ile biorą inni...Ale o tym, w następnych odcinkach.
na podstawie. etiudy - Przemka Żejmo, Daniela Paulińskiego - 21.10.97r
^ do góry |
|
> Na leżąco
(Łóżko na środku, wchodzi pacjentka na scenę, Lekarz z offu mówi)
Lekarz - Proszę się położyć na łóżku, na brzuchu, przodem do publiczności. Zaczynamy kurację.
(zaczyna coś pikać albo szumieć lub zapala się jakieś małe światełko np. w górnym rogu sceny, kobieta leży i czeka)
( pauza)
Pacjentka -Panie doktorze! Jest pan tam?
Lekarz -Tak .(zajadając)
(pauza)
Pacjentka -Długo mam tak leżeć?
Lekarz -Jakieś pół godziny.
Pacjentka -To jakaś nowa metoda?
Lekarz -Proszę panią to jest najnowsza metoda odchudzająca. niech mi pani wierzy.
Pacjentka - A kiedy już będę chuda. Zależy mi na czasie. Firma męża organizuje bal w przyszłym tygodniu, będzie pieczone prosię. Nie chciałabym , żeby ktoś się pomylił.
Lekarz -Średnio kuracja trwa od dwóch do trzech tygodni, a pacjentki przychodzą do mnie na seanse godzinne. Ale jeśli się pani zdecyduje, może tu pani leżeć np.dobę.
Pacjentka -Ale to kosztuje. Nie wiem czy będzie mnie stać.
Lekarz -No cóż. uroda kosztuje.
Pacjentka -No, ma pan rację.
Lekarz - No, ja mam rację.
Pacjentka - Panie doktorze!
Lekarz - Nooo.
Pacjentka - A właściwie to na czym polega ta metoda. Bo ja tak tu leżę i nie czuję, żeby coś się ze mną działo. Może ja bym tak sobie w domu poleżała?
Lekarz -To absolutnie wykluczone! To musi się odbywać pod okiem fachowca!
Pacjentka -Ale pana i tak tutaj nie ma.
Lekarz -Ale jest tam moje oko.
Pacjentka - Jezu! Gdzie?!!!
Lekarz -Spokojnie. Mam ukrytą kamerę w łóżku na którym pani leży i obserwuję oddziaływanie łóżka na pani tkankię tłuszczową.
Pacjentka -No i co? Coś pan widzi?
Lekarz - To trochę potrwa. No cóż, jest pani nabita, jak kabanos. No,ale nie jest tak źle. Przynajmniej mieści się pani na łóżku.
Pacjentka - A ktoś się nie mieścił?
Lekarz -Tak. Miałem kiedyś taką pacjentkę, która musiała leżeć na boku.
Pacjentka - I co?
Lekarz - Złamała mi łóżko. Ocho! Coś jakby się zaczęło dziać Czuje to pani? Czy coś pani czuje?!
Pacjentka -Bo ja wiem.
Lekarz - A co tam pani wie?! Co pani czuje???
Pacjentka -Coś jakbym czuła.
Lekarz- No, ale co?
Pacjentka - Na pewno się spociłam.
Lekarz -Dobrze. Kończymy na dzisiaj.
Pacjentka -Już?
Lekarz -Tak, pierwszy seans nie może trwać zbyt długo. Proszę zejść z łóżka. Już do pani idę. (wchodzi na scenę, w ręku trzyma kabanosa, zajada)
Lekarz - No jak? Dobrze się pani czuje?
Pacjent -Wie pan , dobrze, jakoś tak.chudziej.
Lekarz - Płaci pani 1000.
Pacjentka -Aż 1000.?.
Lekarz - Proszę pani, rozmawialiśmy już o tym: Uroda kosztuje, łóżko też kosztuje. No i wie pani.kabanos (uderza ją znacząco po brzuchu kabanosem)
Pacjentka - Skoro tak, to... proszę .(kobieta płaci)
Lekarz -Proszę mi wsadzić pieniądze do kieszeni, bo widzi pani... (lekko machając kabanosem) mam tłuste palce. Proponuje kolejna wizytę na jutro, na 9.00 . (waląc kabanosem w notes) U mnie najszybciej i najzdrowiej.
Pacjentka -I najdrożej. (lekarz spogląda na nią znacząco)
Lekarz - Proszę pani. (spogląda znacząco na jej tuszę).
Pacjentka - Wiem, wiem, kabanos.
|
|
> Piosenka żołnierska
Raz dwa noga lewa
Raz dwa noga prawa
Raz dwa raz dwa
Raz dwa noga lewa
Raz dwa noga prawa
Raz dwa raz dwa
Baczność!
Razem nogi dwie
Raz dwa na dzień dobry
Raz dwa na dobranoc
Raz dwa na poligon
Tra ta ta ta ta
Raz dwa gdzie jest noga
Raz dwa gdzie jest ręka
Raz dwa nie ma wroga
Maszeruję w mękach
Raz dwa zginął Tadek
Raz dwa to przypadek
Raz dwa to się zdarza
Gdy się w wojsku nie uważa
Agnieszka Litwin - 1998
^ do góry
|
|
> Romans
Mąż - Posłuchaj Krysiu, muszę ci coś wyznać. Nie wiem właściwie od czego zacząć, bo.nie chciałbym, cię zranić.Cholera.No dobrze, powiem wprost - mam romans.
Żona - Tak? A z kim?
Mąż - Na pewno dobrze usłyszałaś, co powiedziałem?
Żona -No tak, że masz romans, a ja zapytałam z kim. Jestem ciekawa.
Mąż -A nie jesteś wściekła? Jesteś przecież moją żoną, powinnaś być zazdrosna, smutna, płakać albo .rzucić się na mnie.
Żona - Roman, daj spokój, po 15 latach małżeństwa mam się na ciebie rzucać? Czy ty
oszalałeś?
Mąż - Krystyna. Ty nie rozumiesz. Ja ciebie zdradzam, a przynajmniej zdradzałem przez ostatnie.
Żona -Dwa lata.
Mąż - Wiedziałaś?
Żona - Oczywiście. Najpierw była Jola - twoja asystentka, potem była młodsza księgowa Danka, a ostatnio pani Halinka - wasza sprzątaczka. Tak między nami Roman na
psy schodzisz.
Mąż - I ty wszystko wiedziałaś. Ale ze mnie dupek!
Żona - I to jaki Roman, i to jaki.
Mąż - Nawet, jeśli tak myślisz to i tak nie ma teraz znaczenia. Wybaczam ci. Tylko powiedz mi, dlaczego nie robiłaś mi scen, awantur.
Żona -A po co miałam sobie nerwy szarpać. Nie ty pierwszy i nie ostatni masz romans.
Mąż -Ale.ja chciałem cię przeprosić, przynieść ci kwiaty, wytłumaczyć .
Żona - Ale niczego nie musisz mi tłumaczyć. Ja to rozumiem. Starzejesz się i potrzebujesz czegoś na podtrzymanie. Takie ostatnie podrygi twojej młodości.
Mąż - Jak ja ciebie nie doceniałem. Kochana moja, jedyna.
Żona - Nie przesadzaj, każdy ma jakieś słabości. Aż boje się pomyśleć, co by było gdybyś miał słabość do alkoholu. Na pewno byś mnie prał. A tak -zachowałam wdzięk, urodę...Same plusy Roman! Same plusy!
Mąż - Poczekaj Krystyna czy to znaczy, że ty się normalnie na to godzisz i mogę zostać?
Żona - Godzę się Roman i możesz zostać. Do jutra.
Mąż - Jak to?
Żona - Normalnie. Dzisiaj zostajesz, jutro cię tu nie ma.
Mąż - Ale co to ma znaczyć? To ja tu przychodzę z sercem na dłoni, chce wszystko jak na spowiedzi wyznać, przeprosić, może nawet błagać o wybaczenie, a ty mnie tak przyjmujesz?
Żona - Bo ja ciebie już nie kocham.
Mąż -Co? Ty mnie nie kochasz? Jak to nie kochasz? Mnie nie kochasz?, A co z dziećmi?
Żona -Przecież my nie mamy dzieci.
Mąż - No ale mieliśmy mieć. I co? Teraz tak bez rodziców mają być?.biedne sierotki? (zaczyna histeryzować, szlocha)
Żona -Roman nie histeryzuj. Zacznij się lepiej pakować, żebyś zdążył do jutra. Pa. Ja wychodzę.
Mąż -Jak to wychodzisz?
Żona - Umówiłam się.
Mąż -Umówiłaś się? Z kim?. Krystyna!
Żona - Roman, nie ty pierwszy i nie ostatni masz romans.
Aga Litwin 19.10.98r.
^ do góry
|
|
> Skecz socjologiczny
Pani Halina - Panie Redaktorze, prosimy o wejście do studia, za 20 sekund wchodzimy na wizję.
Redaktor - Na wizję, a to nie jest Polsat. No dobrze. Pani Halinko, jak mój krawat?
Pani Halinka - Bardzo dobrze!
Redaktor - Ale ja pani nie wierzę. Panie profesorze! Zapraszam do studia. Tak, tak, zapraszam. Proszę zająć wygodne miejsce.
Profesor - A które to moje?
Redaktor - A nie wiem, niech pan zgadnie.
Profesor- To?
Redaktor - Tak. To jest pańskie. Dobrze. Przypominam panie profesorze, że mówimy do kamery, w której pali się czerwone światełko, tak?
Profesor - Taak.
Redaktor - Do której kamery mówimy?
Profesor - Do tej , w której pali się czerwone światełko.
Redaktor - Bardzo dobrze. (przygląda mu się) Mmm, bardzo ładna marynarka.
Profesor- Dziękuję, mam ją już 10 lat.
Redaktor - To widać.
P.Halina - Uwaga! (Redaktor zaczyna robić rozgrzewkę ) 3,2,1. Poszła!
(Dżingiel programu)
Redaktor - Dzisiaj w naszym programie gościmy znanego socjologa -pana profesora Zdzisława Pomykałę. (ukłon w stron ę gościa) Dobry wieczór panu.
Profesor - Dobry wieczór panu, dobry wieczór państwu.
Redaktor - Chcielibyśmy poruszyć dziś niezwykle ważny temat "Człowiek, a grupa społeczna". Wszyscy wiemy, że człowiek jest istotą społeczną, a życie w stadzie, to znaczy w grupie ma bardzo duży wpływ na rozwój jednostki. Nieprawdaż?
Profesor - Prawdaż.
Redaktor - Panie profesorze.Przepraszam, mogę się tak do pana zwracać?
Profesor -Tak oczywiście, to mi schlebia.
Redaktor - W takim razie zapytam wprost: Co pan sądzi o wzajemnych oddziaływaniach: jednostka a grupa seksualna?
Profesor - (nieco zdezorientowany) Chyyba społeczna.
Redaktor -A tak, społeczna. A ja jak powiedziałem?
Profesor -Seksualna.
Redaktor - To niemożliwe. (sięga po notatki) Tutaj mam wyraźnie napisane: "Grupa seksualna".
Profesor -I powiedział pan seksualna, proszę pana.
Redaktor -Musiało się panu przesłyszeć, ale wytniemy to.
Profesor -Ten program jest na żywo.
Redaktor -Tak na żywo. I co z tego?
Profesor -Pan nas właśnie kompromituje. Rozmawiamy już 5 minut a pan mnie jeszcze o nic konkretnego nie zapytał.
Redaktor - Nie?
Profesor -Proszę mnie o coś zapytać. O cokolwiek.
Redaktor -(przygląda się bacznie profesorowi) Dobrze pan dzisiaj spał? Wygląda pan na zmęczonego.
Profesor -Nie, no pan chyba oszalał!
Redaktor -Możliwe. (staje się coraz bardziej niezrównoważony ) , ale nawet jeśli, to nie odpowiedział pan na moje pytanie.
Profesor -Ale co to za pytanie?
Redaktor -O cokolwiek. Myśli pan, że ma pan do czynienia z całkowitym kretynem? Tak?! Pomyliłem się, owszem, ale widzę, że pan by mnie od razu z pracy zwalniał. Co, pomylić się nie można ?! W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi. Pan myśli, że jak pan jest profesorem to panu wszystko wolno, to jest pan z tych mądrzejszych?
Profesor -Ależ proszę pana, my mieliśmy tutaj dyskutować o człowieku, o społeczeństwie, o wzajemnych oddziały.
Redaktor -Daleko od tematu nie odbiegliśmy! To jest mój program! I ja tu jestem gospodarzem, a pan musi się podporządkować! Aleee. Skoro nie chciał pan porozmawiać normalnie. (zaczyna zachowywać się jak psychopata)
Profesor -Ależ chciałem, bardzo chciałem.Ja, ja jestem bardzo dobrze przygotowany do tematu.
Redaktor -Cicho!!! Porozmawiamy zupełnie inaczej! Wstawaj pan! Wstawaj! Właź na stół!!!
Profesor - Błagam pana, co pan robi?
Redaktor - Właź na stół. Nie po krzesełku! Nie, nie nie. No! Dobrze!! A teraz. Masz tu szminkę, pomaluj sobie usta.
Profesor -Nie, błagam.Wszyscy znajomi to oglądają.
Redaktor -Maluj!!! Bo wymyślę coś bardziej ohydnego i będzie się rymowało ze słowem: pędzel.
Profesor - Dlaczego pędzel?
Redaktor - Chcesz mnie rozwścieczyć? MALUJ! (Profesor maluje nerwowo)
Redaktor -A teraz uśmiechnij się szczerze do kamery.
(gość uśmiecha się)
Redaktor -Nie do mnie! Do kamery!!! Szczerzej!!!
(gość uśmiecha się szczerzej)
Redaktor - I podziękuj widzom za oglądanie naszego programu. Po fińsku.
Profesor - (ma wyraźne problemy)
Redaktor - Co? Profesorku - Nerwosolku? Nie wiemy, tak? Dobra, po angielsku!
Profesor - Dziękuję, za oglądanie naszego programu.
Pani Halinka - Stop!
Redaktor - Ufff. Kondycyjnie mnie te programy wykończą. (schodząc) Panie profesorze, niech pan zejdzie z tego stołu. Bardzo głupio pan wygląda.
Profesor - To już koniec.? (cały czas kuca niepewny na stoliku)
Redaktor - Tak.
Profesor - Jezu, jak to poszło?
Redaktor - Bardo dobrze, panie profesorze.
Profesor - Dobrze.Myślę, że trochę pana poniosło. Pewnie będą dzwonić z różnych uczelni. To może się odbić na mojej karierze naukowej.
Redaktor - No i o to chodzi, żeby zaskoczyć, zaszokować, sprowokować! Było bardzo dobrze, naprawdę.
Profesor - Taaak.Ależ pan zrobił ze mnie durnia! (prawie płacze)
Redaktor - Tak. Zupełnie jak pan ze mnie w '89 na maturze.
Mary Aga L.
^ do góry
|
|
> Tusza
Nie ma w tobie już miłości
I ma wiara w nią minęła
Nie ukrywam swojej złości
Gorzką złości łzę ocieram
Tyś całował adorował
Podsuwając czekoladki
Ciastka z kremem i precelki
Lody ptysie z cukru watki
A ja rosłam wciąż i rosłam
I urosłam ciut za sporo
Już za ciasne me sukienki
Wszystko dzięki twym amorom
Aż pewnego dnia gdzieś z rana
Poipatrzyłeś na mnie krzywo:
"Ale z ciebie pulchna klucha.
Czas uczucia mego minął."
Tyś całował adorował
Podsuwając czekoladki
Ciastka z kremem i precelki
Lody ptysie z cukru watki
A ja rosłam wciąż i rosłam
Rozrastały się me wdzięki
To przez słodkie twe zaloty
Nie wyglądam dziś jak motyl
Ach, Kaziku ty zdradliwy
Tyś mi strasznie się narazil
To przez ciebie moja tusza
Ja cie tusza mą uduszę.
La la la la la la la la la la la la
La la la la la la la la la la la la
tekst - Marylka, znany Wojtek Kamiński
muzyka - Basia Syjud
^ do góry
|
|
> Znachor Stefan
(słychać rumor, hałas jakiś, na scenę wchodzą ojciec i matka)
Matka - Karol, nasz Heniuś jest potworem, łobuzem, sadystą, łajdakiem, mordercą, kanalią, wulgarnym bachorem, szumowiną a dopiero na końcu Heniem.
Ojciec - No, ygh .brr .yyy .ygh, yyy .
Matka - Porozmawiaj z nim jak ojciec.
Ojciec - (wychodzi za kulisy do Henia) Heniu! No, ygh brrr, no, yyy . Ała!!! No! (wraca, ma urwany rękaw w marynarce) Porozmawiałem.
Matka - Jak ojciec?
Ojciec - Jak ojciec.
Matka - No to idź porozmawiaj z nim teraz jak policjant. (daje mu czapkę i gwizdek, robi mu przed twarzą znak krzyża)
Ojciec - (idzie ale cofa się i pada jej w ramiona, idzie do Henia, tam gwiżdże i zatyka się, wraca ze strąconą czapką a z ust wystaje mu sznureczek od gwizdka)
Matka - (ciągnie za sznurek i wyciąga gwizdek)
Ojciec - Chyba mnie nie słuchał. Bawił się z chomikiem.
Matka - Matko!!! Heniuś!!! Chodź tu!
Heniuś - (wchodzi)
Matka - Oddaj chomika!
Heniuś - Mam tylko skórkę. (daje wygarbowaną skórkę) Środek uciekł.
Matka - Heniu łotrze, co ci zawiniło biedne zwierzę?
Heniuś - Mamy swoje porachunki.
Matka - Trzeba wyleczyć tę szumowinę. Karol leć po lekarza.
Ojciec - Szkoda lekarza.
Matka - Pozostaje jedno wyjście. (!) ZNACHOR STEFAN! (napięcie, światła przygasają, wiatr za oknem, wycie zza kulis, ujadanie psów, krakanie, dzwony na pianinie)
Matka - Matko!
(zjawia się czarci znachor Stefan przez wskoczenie w czarcim stroju, przygasają światła)
Znachor - Barbiken! Mortadel! Dzień dobry.
Oni - Dzień dobry.
Znachor - (do Henia) Zapewne to ty jesteś Heniuś?
Heniuś - No. A co?
Znachor - (cedzi słowa) Jajco mój drogi synu, jajco. Usiądź na krześle - uzdrowię cię.
Heniuś - Czego ode mnie chce ten wuj na ropę?
Znachor - (sadza Henia za ramiona) Ssssiadaj Heniu, siadaj. Unieśmy wszyscy ręce.
(matka i Heniu unoszą ręce, ojciec jak na "hande hoch" a Znachor pobiera energię przy muzyce Bacha)
Znachor - Barbiken! Cindy! Kelly! Barbiken! Transformery! Kelly Family! Ninja! Lego! Jesteś grzeczny już kolego!
(wszyscy w napięciu patrzą na Henia)
Heniuś - (patrząc na znachora) Ale masz wory pod oczami! Ty! Gawron! Dont wory bi hepi.
Matka - O Boże, to nie zadziałało.
Znachor - No mam jeszcze parę wierszyków ale myślę, że to nie ma sensu.
Matka - Niech pan powie.
Znachor - Nieee.
Matka - Ale niech pan powie.
Znachor - Nieee .
Matka - Proszę.
Znachor - Skoro państwo tak nalegają to zapraszam na jutro do MPiK -u. Tam powiem wszystkie.
Ojciec - Ale co z Heniem?
Znachor - No, mam jeszcze dwa zabobony ale oba działają tylko na spuchnięte konie.
Ojciec - To może by spróbować?
Matka - Heniu zrób iha ha.
Heniuś - I ha ha.
Ojciec - Zrób tak. (pokazuje nadętą kobyłkę)
Heniuś - (robi to)
Matka - Zróbmy to teraz teraz teraz!!!
(znachor zaczarowuje ruchowo - być może rytualnie - Henia, towarzyszą temu gongi na pianinie, huki, dzwonki, Heniuś niespodziewanie strzela do znachora, znachor pada prozaicznie, wszystko cichnie)
Znachor - (podnosi się resztkami sił) Na konie działało. (i pada na zawsze)
(Heniuś skierowuje broń na rodziców szepcząc: "Teraz już wiem, wiem co to miłość, teraz już wiem ." a rodzice wyciągają znachora za nogi a Heniuś za nimi)
Narrator - (wchodzi) Pod osłoną nocy, przy blasku księżyca, zakopali ciało. Następnego dnia na drzwiach MPiK- u widniał napis: "Z powodu choroby impreza odwołana" a poniżej "Czynne od 10 00 do 17 00 ".
KONIEC
autor - Klub Literatów "Zeppelin" na podstawie opowiadania znanego Wojtka Kamińskiego pod tym samym tytułem.
11.XI.1997r.
^ do góry |
|
|