 |
| |
 |
> Czas to pieniądz
> Hymn na cześć starości
> Internetowa miłość
> Moja ulubiona książka
> Na mnieście |
|
> Ogórkowe Tango z miłością w tle
> Przemiana
> Rodzina
> Rurociąg
> Kołysanka dla złodzieja
|
> Czas to pieniądz
(wchodzi dyrektor, rozmawia przez telefon)
Dyrektor - Pani Halino co tam dzisiaj mamy?
Halinka - ( z offu) W lewej kieszeni marynarki ma pan sprawozdanie z działalności firmy
za zeszły miesiąc.
Dyrektor - O, dziękuję. (wyjmuje kartkę z prawej kieszeni i zaczyna czytać) Henryk chwycił
Hankę za pośladki i mocno przycisnął do siebie. Zaczął ją rozbierać
całując po udach. Jej sutki ...
Halinka - ( z offu) W lewej!!!
(chowa, wyjmuje drugą kartkę z lewej kieszeni i zaczyna czytać)
Działalność naszego zakładu byłby rewelacyjna, ale co tu dużo pisać nie jest. Teraz gdy siedzę w podziemiach naszej firmy, wśród szaf pełnych faktur, wśród ponurych ścian, nawet moje obicie w lustrze wydaje mi się przerażające. A proszę zważyć że mimo iż jestem księgową mam dopiero czterdzieści lat... i wąsy. Moje życie zaczęło się niełatwo. Przyszłam na świat w czasie przerwy w dostawie prądu ... (przewraca kila kartek). Ale wróćmy do firmy. Napiszę krótko: w naszej firmie jest źle. Nie chciałabym wskazywać winnych, ale warto zapytać Danutę Grykiel i Henryka Wątora czy wiedzą co znaczy powiedzenie czas to pieniądz. Kocham pana. Podpisano: główna księgowa Jadwiga Mrok.
Pani Halinko proszę wezwać do mnie Grykielową i Wątora.
Halinka - Już czekają pod drzwiami.
Dyrektor - To dawać ich tu! Iproszę sprawdzić, co się dzieje w podziemiach naszej firmy.
(wchodzą)
Dyrektor - Nie mówcie mi dzień dobry, bo semantyczne znaczenie tego wyrażenia nijak nie pasuje do obecnej sytuacji.
Wątor - Oczywiście.
Dyrektor - Chce wam zadać pytanie, bo wiem, że warto. Co znaczy dla was powiedzenie czas to pieniądz?
Grykielowa - A na ile liter?
Dyrektor - To może pan.
Wątor - ...Meksykańskie zwierzę???
Dyrektor - Słucham?
Wątor - ...żywi się pustułkami ...
Dyrektor - Pytam się pana, co znaczy powiedzenie czas to pieniądz?
Wątor - Aha, cha powiedzenie. To taki absurd, ktoś to palnął i się rozeszło.
Dyrektor - To nie jest absurd!
Wątor - A faktycznie nie, nie. To już wiem. Spróbuję wyrazić to lapidarnie... Nie wiem.
Dyrektor - To może wróćmy do pani.
Wątor - Spoko.
Dyrektor - Czy wie pani co to jest wzrost gospodarczy?
Grykielowa - Takie o w paski.
Dyrektor - Słucham?
Grykielowa - Nie no, zrobił pan ze mnie kretynkę.
Dyrektor - Pytam tylko co znaczy czas to pieniądz.
Grykielowa - Nie no teraz to już się zblokowałam! Teraz to już nic nie powiem.
Dyrektor - Ale spokojnie
Grykielowa - Tylko nie spokojnie! Tylko nie spokojnie! Kto w biały dzień pyta o wzrost gospodarczy. Wstydziłby się pan!
Dyrektor - Chyba mnie pani źle zrozumiała.
Grykielowa - Bardzo dobrze zrozumiałam! Ja pana nie wypytuję co pan wyrabia po godzinach.
Dyrektor - Ja? Po godzinach?
Grykielowa - Nie, ksiądz proboszcz
Dyrektor - Ksiądz proboszcz?
Grykielowa - Nie no, znowu czuję się jak kretynka.
Dyrektor - Podchodzi pani do sprawy zbyt emocjonalnie.
Grykielowa - A pan ma do dupy krawat!!! (Grykielowa wybiega z rykiem)
(w powietrzu nieco napięta atmosfera, po długiej pauzie odzywa się Wątor) Wątor - Ale jej pan nagadał.
Dyrektor - Niech mi pan powie dlaczego moi pracownicy nie potrafią zrozumieć tak
prostych rzeczy?
Wątor - Sam nie mogę w to uwierzyć.
Dyrektor - Może ja robię coś nie tak. (łagodnie, trochę tłumacząc) Panie Henryku to przecież proste. Kiedy wartość Wigu wyprzedzi wartość nominalną wszystkich walorów o dwadzieścia punktów procentowych, to wtedy jedyne co ratuje wartość PKB to współczynnik przepływu informacji miedzy jednostkami. Rozumie pan?
Wątor - (na kilometr widać że jest kompletnie zdezorientowany) Spoko.
Dyrektor - Pan mi mówi spoko, ale czy pan to rozumie?
Wątor - Spoko, kumam. I tej wersji będę się trzymał.
Dyrektor - Tak? To proszę powtórzyć.
Wątor - Spoko. Ale czy pan to rozumie? Spoko, kumam. I tej wersji będę się trzymał. Tak? To proszę powtórzyć. Spoko.
Dyrektor - Dość! Jaja pan sobie z dyrektora robi, tak?
Wątor - Nie, gdzieżbym śmiał, panie dyrektorze .(zaczyna się rozklejać, płaczliwy ton). Ja już nie daję rady, ja mam chyba depresję i jeszcze.
Dyrektor - Panie Wątor, niech mi pan tutaj nie płacze!
Wątor - A gdzie ja mam płakać? W biurze się ze mnie śmieją, że Heniu mazgaj, łzy mi kapią na faktury, te pieczątki się rozmazują .(prawie beczy)
Dyrektor - Panie Heniu, no może faktycznie trochę za ostro pana potraktowałem. Nie wiem.Może wyślemy pana i panią Halinę na szkolenie.
Wątor - Do Zakopanego.
Dyrektor -No nie wiem do Zakopanego, czy.Krynicy.
Wątor - Do Zakopanego. Z panią Halinką.
Dyrektor - No dobrze. Do Zakopanego. Zrobimy to szkolenie. Nauczycie się co to jest PKB, co to jest wzrost gospodarczy, wrócicie, zrobimy testy i wtedy się okaże kogo zwolnić.
Wątor - Taak.
Dyrektor - No dobrze. Panie Heniu, może omówimy to szczegółowo przy lunchu. Z
resztą. Co tak sobie będziemy panować. Przejdźmy na ty . (wyciąga rękę do pana Henia).
Wątor - Heniu.
Dyrektor - Dyrektor.
Gho i zwk 04.08.02 godz. 16.27
^ do góry |
|
> Hymn na cześć starości
To jest piosenka na cześć starości Wiwat miażdżyca i łamliwe kości
Cześć białym lokom i siwym zaczeskom
Babuniom, dziadziuniom, których laski wesprą
Niech się od dziś staruszkowie nie wstydzą
Że nie dosłyszą i że nie dowidzą
Bo dzisiaj śpiewamy hymn na ich cześć
Niech każdy niesie tę radosną wieść
To jest piosenka na cześć starości
Dla niej owsianka dla niej schab bez kości
Wiwat sztuczne szczęki i zmarszczek siateczki
Wnukom na dobranoc czytane bajeczki
Bo dziś śpiewamy hymn na jej cześć
Niech każdy niesie tę radosną wieść
Niech nam żyją babcie, niech żyją dziadkowie
Wiśnióweczki kieliszek wypijmy za ich zdrowie
Sł; Aga Litwin
Muz: Bartuś Lewczuk
^ do góry |
|
> Internetowa miłość
Zbyszek - Oooooooooo! Kogo moje piękne oczy widzą!!!! Sylwka! Sylwka! Sylwka! Ole ole ole Sylwek! Sylwek! Do boju! Do boju! Do boju Sylwester! Cza cza cza ! (na wzór kibiców) Sylwek morda kopę lat! Szczała generała ! (prezentuje uderzenie z nogi) Widziałeś jak komara siekłem? Co słychać!?
Sylwester -W porządku...
Zbyszek - Tak? Już w porządku mój żołądku? Jest gicio, gitarka, w pytkę jest?
Sylwester - Tak.
Zbyszek - No to świetnie. czekasz na kogoś?
Sylwester -Tak, umówiłem się.
Zbyszek - Z dziewczyną czy z chłopakiem?
Sylwester - Ale śmieszne...
Zbyszek - Śmieszne, nie śmieszne ale wiesz, odpowiedz bo Zbynia ciekawość trawi jak rdza trabanta.
Sylwester - Z dziewczyną.
Zbyszek - Z dziewczyną? Łee no no.Takiego Cię nie znałem. Casanowa z Wilanowa. No tak w końcu wchodzimy do unii. (spostrzega, że ma za duże spodnie) Ty Sylwek, patrz, albo schudłem, albo starej dresy buchłem. A na którą się umówiłeś?
Sylwester - Na 20-stą.
Zbyszek - Na którą?
Sylwester - Na 20-stą.
Zbyszek - Aaaa na ósmą.
Sylwester - Tak.
Zbyszek - To ty mów jak człowiek a nie jak student! Dwudziesta. A oto mój index. Mogę z tobą poczekać?
Sylwester - Nie... Proszę!
Zbyszek - O! Dzięki! Ty Sylwek, a ona fajna jest?
Sylwester - Fajna...
Zbyszek - O to fajnie!
Sylwester - Ma na imię Basia.
Zbyszek - Basia? Łe to super! Moja ciotka ma na imię Basia.
Sylwester - Tak?
Zbyszek - No, ale mówią na nią Barbara. Jest pielęgniarką, pracuje w ośrodku zdrowia.
Sylwester - O!
Zbyszek - No, robi zastrzyki. Wiesz gdzie?
Sylwester - Nie.
Zbyszek - W zabiegowym. (zaczyna robić pompki) Liczyłeś?
Sylwester - Nie.
Zbyszek - Z tymi trzema to już będzie czterysta.
Sylwerster - To dużo.
Zbyszek - No, od stycznia robię. Trzeba dbać o wygląd. Ty! Widziałem wczoraj Gołotę na plakacie... Żeby to się ze mną nie stało, bo się w dresik nie zmieszczę. Widziałeś kiedyś szafę w dresie?
Sylwester - Nie.
Zbyszek - No .Bo normalnie, to dres w szafie, nie. No dobra, ale my tu gadu gadu a Łotwa szykuje drużynę na mecz z Polską. Łotwa nie Korea, ale przegrać można. Ty Sylwek to jak ty się umówiłeś na 20.00 to panienka się trochę spóźnia. Tak, uprzedzała mnie, że do późna pracuje. I że musi czasami zostawać po godzinach. Ale ja to doskonale rozumiem, bo sam mam taką pracę, że muszę dłużej zostać, no ale takie są prostu czasy i dlatego to rozumiem.
Zbyszek - No no no. Ty to zawsze wszystko rozumiałeś. W budzie to żeś nawet majmę kumał. Pamiętam jak się raz facetka pytała na majmie : (mówi cienkim głosem) " Moje drogie dzieci" bo ona tak śmiesznie mówiła, "ile jest 3 razy 5" (pauza) No, i ty od razu wiedziałeś ile to było. Wtedy tak mi zaimponowałeś, że chciałem sobie twoje imię wytatuować, ale wiesz kumple w celi by się śmiali. Ty Sylwek apropos celi ,jak się poznałeś z Basią?
Sylwester - Przez biuro.
Zbyszek - Matrymonialne?
Sylwester - Nie takie co kojarzy ludzi na randki. Bo wiesz ja taki zapracowany jestem, to postanowiłem skorzystać.
Zbyszek - A! To inne jest! To inne biuro Sylwek! Inne, inne, inne, inne uuuuuuu! Ty! Zamęt, zamęt, zamęt. (przemiana w żubra) "Żubr występuje w puszczy" - Mój najlepszy film. Wszystkie odcinki nagrywam.
Zbyszek - Czekaj czekaj, to wy z tą Basią się jeszcze nie widzieliście?
Sylwester - Nie.
Zbyszek - A ty chociaż wiesz jak ona wygląda?
Sylwester - Tak, widziałem ją na zdjęciu.
Zbyszek - I co, ładna dupa z twarzy?
Sylwester - Przestań! Zabraniam ci tak mówić! Ty.ty jesteś nieokrzesany.
Zbyszek - Że byczek?
Sylwester - Aaa nie będę ci tego tłumaczył.
Zbyszek - Sylwuś, a ty masz jej zdjęcie?
Sylwester - Mam.
Zbyszek - No to pokaż koledze, a kolega ci powie, czy dziewczyna warta grzechu.
Sylwester - Ale nie będziesz się śmiał?
Zbyszek - Co ty, ja nieśmiały jestem. No pokaż.
Sylwester - No dobra (podaje zdjęcie).
Zbyszek - (Zbyszek ogląda zdjęcie i kaszle)
Sylwester - Ale na twarzy ma wyrytą inteligencję...
Zbyszek - Chyba młotem pneumatycznym.
Sylwester - (wyrywa zdjęcie)
Zbyszek - (przedstawia pracę młota pneumatycznego, podskakując i wydając dźwięki) Jak tygrysek ting ting ting. Prosiaczku! Prosiaczku! Prosiaczku!!!!!! O co chodzi `tytytytygrysku (jąkając się Lubię tygryska. Fajnie się ubiera. Ja też lubię paski. Ty, Sylwek, ale ty chyba nie wysyłałeś jej swojego zdjęcia, bo jak wysłałeś to... (kręci głową) Kicha!!!!!
Sylwester - Co Ty taki uszczypliwy jesteś. Pewnie zazdrosny co?
Zbyszek - Ja zazdrosny??? Zbyniu zazdrosny?? Sylwek ja babek to mam na pęczki. Zbyniu ksywa "ogrodnik". Idę po ulicy jak po łące i rwie laski jak kwiaty: cyk - żonkilek, cyk - stokrota, cyk - tulipan, cyk - aaaa nawet pokrzywę wyrwie. Zazdrosny! Ale żeś dowalił jak Engel Portugalii. Ty ale po co wy się umawiacie jak wy nie macie czasu. Przecież to nie ma sensu. Jak mówią Anglicy noł sens.
Sylwester - Dlaczego? Przecież ...
Zbyszek - Mów mów mów mów jor bady (śpiewa Technotronik) Ale mnie nosi. Chyba pójdę na balety. Nowi bramkarze są. Trzeba ich sprawdzić. (zaczyna mu noga chodzić) Patrz, ale czad. Ale mi noga chodzi. Ty patrz ta się bawi, a ta pilnuje.
(wchodzi Basia)
Basia - (dziewczyna podchodzi i pyta Zbyszka) Cześć. Czy Ty może jesteś Sylwester?
Zbyszek - Nie przestań! On jest Sylwek . (odchodzi na bok) Ale siara!!!!!! O! Pardon, poniosło mnie jak Olbrychskiego w "Zachęcie". Gdzie moja etykieta? Jak to mówią człowiek nie winko, ale etykietę ma. (zaczyna się wiercić, szamotać)
Basia - Co ci jest?
Zbyszek - Czekaj, włosy z klaty mi się w łańcuch wkręciły. Aaaa, nad gazem se opalę. Państwo pozwolą, że ich zapoznam, żebyście wiedzieli, które jest które. Będzie Francja elegancja. Dobrze, że lakiery założyłem. Miałem adidki założyć, ale pomyślałem sobie: "Zbyniu, do miasta autobusem będziesz jechał, załóż lakierki nie rób wiochy. Ą ę kulturę przez bibułę. (coś dzwoni) Ocho! Ktoś Beme robi. Wiesz mała, co to jest bema?
Basia - "Bema pamięci żałobny Rapsod"
Zbyszek - (kaszle) Tak, tak. Dobra, to ja was tera zapoznam. (zapoznaje ich ) Barbara.
Sylwester. (podają sobie dłonie, Zbyniu przecina, jak przy zakładzie) Sylwester 2000.
No to wy się bawcie, a Zbyniu leci sobie gacie na balety wyprasować.
(odchodzi śpiewając piosenkę "Baśka miała fajny biust")
Basia - Zbyszek, poczekaj, ty mi się bardziej podobasz!
Sylwester - Co?
Zbyszek - Pstro. Nie słyszałeś, co panienka wyeksploatowała słowem. Ja jej się bardziej podobam. Bo ja jestem ekstremalnie odziany chłopak. Zaimponowałaś mi maleńka, choć pomachasz żelazkiem.
(nagle Zbyszkowi zaczyna się coś dziać z twarzą)
Basia - Co ci się znowu stało?
Zbyszek - Choć szybko, ryja mi ściąga, chyba za dużo żelu na łeb nawaliłem.
|
|
> Moja ulubiona książka
Nazywam się Zbigniew Jaskóła. Mam 28 lat. Jestem bibliofilem. Pociąg do książek miałem już od dziecka. Początkowo oglądałem te z kolorowymi obrazkami. Fascynowały mnie kompozycje barw, faktura kreski, karykaturalnie przerysowane postaci.
Niestety, wkrótce okazało się, ze książki mają też litery. Małe, śmieszne zawijaski poukładane w równe rzędy. Uwielbiałem na nie patrzeć, kiedy wieczorami matka czytała mi niepozornie wyglądające książeczki z serii "Poczytaj mi mamo". Kiedyś zapytałem o serię "Poczytaj mi tato" i mama długo płakała w nocy. Taka seria nigdy się nie ukazała.
Baśnie Andersena od połowy przeczytałem już sam. Potem przyszli bracia Grimm. Jak przyszli, tak poszli. W moim życiu zmieniło się tylko tyle, że bałem się sam wchodzić do piwnicy. Wtedy zupełnie przypadkowo wpadł mi w ręce stojący na półce rodziców Freud. Kiedy kończyłem go czytać, ojciec z wypiekami na twarzy odebrał mi książkę. Rzuciłem się więc na Brzechwę. Biedny dziadziuś nie miał szans wobec małego, bezlitosnego czytelnika jakim byłem. Po Freudzie już wiedziałem , że dziadziuś może i biedny, ale do domu bym go nie wpuścił. Potem był Tuwim, Konopnicka z tajemniczym kokiem na głowie i Chotomska - z domu Wanda.
Czytałem przez całą podstawówkę i liceum. W osiemnaste urodziny udało mi się zmusić kolegów, żeby poczytali ze mną. Była wspaniała zabawa, a w klasie dostałem ksywę "Wolumin". Poszedłem na studia i wkrótce ukończyłem kurs fotograficznego czytania, więc w księgarni zanim kupiłem książkę, 30 do 40 pozycji udawało mi się przeczytać. Później zwykle sprzedawca się orientował i wśród przekleństw opuszczałem sklep.
Wtedy też poznałem Jadzię. Była bibliotekarką na naszej uczelni. Nie można było o niej powiedzieć, że była atrakcyjna. Właściwie nic nie można było o niej powiedzieć, jeśli chciało się być grzecznym. Okazało się, że gdy Jadzia czytała Wisłocką, ja w tym samym czasie kończyłem Lwa Starowicza. Po prostu wzięliśmy ślub. Między Sartrem i Heuellebecqiem urodziło nam się dziecko. Około Beigbedera skończyłem studia i dostałem pracę w bibliotece miejskiej.
I wtedy zaczęło się prawdziwe piekło.
Co tydzień ukazywało się kilkaset wydawniczych nowości. Brałem w pracy nadgodziny, żeby nadążać z czytaniem. Niejednokrotnie półprzytomnego koledzy odprowadzali mnie do domu, stawiali pod drzwiami, dzwonili dzwonkiem i uciekali, by nie spotkać się z moją żoną. Pewnego dnia przeczytałem naraz Koran, Biblię i nauki Buddy. Doznałem olśnienia i miesiąc spędziłem w szpitalu. Innym razem przeczytałem córeczce "Ba śnie z tysiąca i jednej nocy". Dopiero prokurator uświadomił mi, że dziecko potrzebuje co najmniej 8 godzin snu na dobę.
Pierwszy raz poczułem, że sięgnąłem dna, gdy wracając z pracy do domu na przystanku miejskim mimowolnie zacząłem grzebać w koszu na śmieci, szukając jakiegoś iberoamerykańskiego klasyka. Wtedy obiecałem sobie, że będę się kontrolował, że ograniczę czytanie do dwudziestu godzin dziennie. I udałoby mi się, udało, gdybym nie trafił na " Sto lat samotności" Marqueza. Ot, leżał taki biedny, zakurzony na półce w starym magazynie bibliotecznym. Odruchowo go przeczytałem. Jakbym dostał młotkiem w łeb. Zdziwiłem się, bo w ten sposób witała się ze mną zwykle nasza sprzątaczka. Przeczytałem jeszcze raz - i poczułem to samo. To bolało. Ale nie mogłem się oprzeć. Czytałem, czytałem.
Po tygodniu wynędzniały wróciłem do domu. Po mieszkaniu biegał nieduży pies. Żona go kupiła, żeby mieć z kim rozmawiać. Poszedłem spać. A kiedy się przebudziłem, z przerażeniem zobaczyłem, że pies właśnie kończy zajadać moje "Sto lat samotności". Zacząłem go prosić, żeby oddał mi książkę, tłumaczyłem mu, że tyle celulozy na raz nie jest mu potrzebne. Udawał, że nic nie rozumie. Wpadłem w rozpacz, a kiedy się ocknąłem okazało się, że to była ostatnia książka w jego życiu. Wtedy po raz drugi poczułem dno.
Żona odeszła, a ja trafiłem do aresztu za znęcanie się nad zwierzętami. Adwokat, gdy dowiedział się o moich skłonnościach, ze słowami: "Życzę szczęścia." wręczył mi egzemplarz "Kodeksu karnego" i wyjechał do Argentyny. Kiedy sędzia czytał wyrok, po prostu mu zazdrościłem.
zwk ^ do góry |
|
> Na mnieście
Spotkałam go na mnieście na ulicy
Mniał takie oczy że niech go cholera
Cudny był że jak spojrzałam to tak mnie coś
I jeszcze mniał grzywkę
I tak na mnie urwis spozierał
Że bez wahania podeszłam i
Spytałam która godzina
No więc spotkałam go o czternastej na mnieście
Ubrany był w spodnie i super blezerek
A jaki mniał krawat uroczysty, oj!
I stał wgapiony we mnie
Wgapiony jak w jakiś obrazek
A co to ja jakiś obrazek jestem
To bez wahania podeszłam i
Zmasakrowałam mu twarz
Aaaa żałuję dzisiaj tego
Aaaa żałuję i nie wiem dlaczego
Żałuję trochę na mnieście na ulicy
Bo jednak był ładny jak skurczybyk
A jak go zabierali to zauważyłam zmiany
Duże zmiany na brzydsze
Obecnie sama jak kłoda
Stoję na mnieście i nie bardzo kumam
Co się stało
Aaaa żałuję dzisiaj tego
Aaaa wymyślę se coś na karę
Za karę
słowa - Joanna Kołaczkowska
muzyka - Władek Sikora ^ do góry |
|
> Ogórkowe tango z miłościa w tle
Świeży zapach koperku
Przypomina mi
zaprawy ogórkowe
które razem robiliśmy
latem ja i ty
Wszystko było tak piękne
Jak najpiękniejszy sen
Wśród koperku, liści wiśni, liści chrzanu, soli, wody
i ogórków - usta twe
Tamto lato odeszło
Ty odeszłaś wraz z nim
Ślad w pamięci łzy wyciska
I gdzieś w gardle serce drży
Tyle warzyw i owoców było jeszcze do zaprawienia
więc z kim je zaprawiłaś? z kim?
Ogórkowe tango z miłością w tle
podzwaniają słoiki
które niosę z piwnicy
z ogórkami na cztery pa
Pa pa pa pa pa pa pa pa pa pa pa pa pa
pa
zwk
Dominik Rajchel ^ do góry
|
|
> Przemiana
Nie dość setki
nie dość dwóch
Przecież nas na więcej stać
Lwem salonów jestem,
gdy wypiję litra pół
Świnią - gdy wypiję litry dwa
Swoją drogą dziwne jest
jak to człowiek zmienia się
albo w świnię albo w lwa
po wódeczce
la la la la la la la la la
zwk - 23.02.99 ^ do góry |
|
> Rodzina
(na scenę wchodzi wyraźnie umęczona kobieta, siada na krześle i tępo wyciera ścierką talerz)
Matka- Tomek!! Toooooooooomek!!!
(wbiega Tomek)
Tomek- Tak mamo...?
Matka- Do lekcji! Bo znowu będziesz miał czwórki.
(Tomek wyciąga książkę i zaczyna po cichu czytać, a matka dalej tępo wyciera talerz)
Matka- Głośno czytaj! Mamunia nie słyszy.
Tomek- (czyta głośno) ..ność twą w całej ozdobie widzę i opisuję bo tęsknię...
Matka- Dość! Tomek- stolica Polski!
Tomek- Warszawa.
Matka- Dobrze. B itwa pod Grunwaldem .
Tomek- 1410.
Matka- Dwa razy dwa?
Tomek- 4.
Matka- Dobrze. Mądre dziecko. Możesz się bawić.
(chowa książę, po czym wyciąga z kieszeni kostkę Rubika i układa)
Ojciec- Wróciłem.
Matka- Wróciłeś?! Spóźniłeś się!!
Ojciec- Znowu zaczynasz?
Matka- Pewnie! Znowu zaczynam! Nie masz czasu żeby zadbać o mnie, o wykształcenie dzieci! Wszystko na mojej głowie!
Ojciec- Nie!! Nie wytrzymam tego!
Matka - Pewnie, do mamusi zadzwoń i się poskarż jak zwykle: Mamuniu, a ona mnie bije...
Ojciec - Daj mi na żeton, to zadzwonię!
Matka - Ty dziadzie! (zamachując się ścierką na niego)
Ojciec - A ty, a ty żono dziada.
(ojciec wybiega za kulisy a matka za nim, ciągle słychać odgłosy kłótni)
Tomek- Ciekawe, czy oni jeszcze się kochają? Słyszałem, że jak ktoś jest zakochany to ma policzki czerwone, nieprzytomny wzrok, i strasznie bredzi.
(wpada Matka coś wykrzykując)
Matka - Pranie, sprzątanie, gotowanie, wszystko na mojej głowie, a czy ktoś pamięta, kiedy Niki Lauda zdobył Mistrzostwo Świata w pływaniu? Nie! Tego oprócz mnie już nikt, nikt nie .(zbiegając)
Tomek- W takim razie mama wygląda na bardzo zakochaną.
(wbiega ojciec)
Ojciec- Nie wytrzymam tego, nie wytrzymam. Tomek, pamiętaj nigdy się nie żeń. To
zguba, zguba! (ojciec zbiega)
Tomek- Ciekawe, co ojciec miał na myśli. Może naleśniki mamy, wszyscy ostatnio po
nich rzygaliśmy.
(wbiega matka)
Matka- Dlaczego?!!! Dlaczego ja córki nie mam? Mogłabym jej wtedy powiedzieć: Córciu, nie wychodź za mąż, nigdy nie wychodź A tak, co ja mam powiedzieć: Tomek nie wychodź za mąż?!! Przecież to bez sensu jest!
(matka zbiega, po chwili wbiega ojciec)
Ojciec- Gdzie matka?
Tomek- Wybiegła.
(ojciec zbiega, wbiega matka)
Matka- Ojca tu nie było?
Tomek- Był.
( wybiega matka, wbiega ojciec, wpadają na siebie)
Matka- O! Co ja z tobą mam? Przestań tak biegać, bo się kłócić z Tobą nie mogę.
Ojciec- Czego ty chcesz ode mnie? O co tobie kobieto chodzi?
Matka- O co mi chodzi? O co mi chodzi? (rozczulając się nad sobą) Bo ty mi nic nie mówisz. Spóźniasz się z pracy i nawet nie próbujesz się tłumaczyć!
Ojciec- Wiesz jaką mamy trudną sytuację w zakładzie, co ja ci mam tłumaczyć.
Matka- No pewnie, nie tłumacz mi, bo ja pewnie za głupia jestem!
Ojciec- Kobieto, jak ty nic nie rozumiesz. Ty wiesz co ja przechodzę w pracy? Wiesz? Nie wiesz. A ja dzisiaj burzę mózgów miałem! Nie masz pojęcia co ja przeżyłem.
Matka- Matko, Tomek słyszałeś? Twój ojciec miał coś z mózgiem!
Tomek- Burzę. To taki sposób zbiorowego myślenia.
Matka- (płaczliwie) Burzę... Zenuś ty się zaharujesz na śmierć. Zmarniejesz mi biedaku. Po co ci to?
Ojciec- Jak to po co!? To jest wyścig szczurów. Rozumiesz? Biorę udział w wyścigu szczurów!
Matka- Tomek, proszę iść do swojego pokoju. (mały znika, a matka zwraca się do ojca) Zenek, a ja myślałam, że ty w biurze pracujesz. A ty w jakimś wyścigu ze szczurami?
Ojciec- Nie ze szczurami, tylko z ludźmi. Tyle, że ci ludzie gonią jak szczury - kto pierwszy ten zdobywa największy kawał sera.
Matka- Sera? To ty już nie będziesz przynosił wypłaty, tylko ser?
Ojciec- (wpada w szał) Nie. Będę przynosił wypłatę!
Matka- Ale przed chwilą mówiłeś, że ser!!!
Ojciec- Kobieto, jak ty nic nie rozumiesz.
Matka - No tak, bo ja za głupia jestem. Inżynierek. Thu! (wychodzi)
Ojciec- Inżynierek, inżynierek, ale Matiza ma.
zwk ^ do góry |
|
> Rurociąg
(Na scenie stolik. Przy stoliku siedzi urzędnik. Wchodzą wieśniak i wieśniaczka.)
Wieśniaki - Dzień dobry dla pana wójta.
Urzędnik - Dzień dobry . (wieśniaki zaczynają krzyczeć razem.) A bo na wsi jest taka bieda..!!!
Urzędnik- Przepraszam. Przepraszam! (wieśniaki się uciszają) O co państwu chodzi?
(wieśniaki znowu zaczynają krzyczeć razem.)
Urzędnik - Proszę się uspokoić. (wieśniaki się uciszają) . Proszę po kolei. Może najpierw Pani . (Wieśniaczka zaczyna krzyczeć).
Urzędnik - Dlaczego państwo tak krzyczycie? Wieśniaki - Sprawę przyszlim załatwić.
Urzędnik - To trzeba od razu krzyczeć?
Wieśniaki - A nie?
Urzędnik - Dobrze. O co chodzi? (wieśniaki znowu zaczynają krzyczeć razem.)
Urzędnik - Cisza! Jak nie przestaniecie krzyczeć to was... To opuścicie pomieszczenie! Czy chcecie, żebym stracił resztki swojej godności osobistej, czymkolwiek ona jest?!
Chłop - Nie no resztków szkoda, świniom by my dali.
Urzędnik - Proszę spokojnie powiedzieć w jakiej sprawie państwo przyszli.
Baba - A bo rozchodzi się o ten roruciąg.
Urzędnik - O co?
Baba - O roruciąg.
Urzędnik - A o rurociąg.
Baba - Toć mówię, że o roruciąg.
Urzędnik - I co z tym roru... rurociągiem?
Baba - Bo szystko było dobrze, ale potem przyszli robotniki i położyli ten roruciąg.
Chłop - Ale jak położyli? Przez samiutki środek pola położyli.
Baba - Jakby brzegiem nie można było. I teraz my mamy przeszkodę. Bo jak podorywkę trza zrobić to pole szerokie jest na dwadzieścia cztery bruzdy. Siedem razy my pług i brony przez roruciąg przerzucilim i konia mój Maciej siedem razy tam i z powrotem przeciągnął...
Chłop - A w tem roruciągu to cuś szumi i bydlę mnie się strasznie płoszyło...
Baba - No i tak nam się spłoszyło, że do roruciągu podejść nie chce.
Chłop - Tylko w chlewiku w słomie się zagrzebał i patrzy.
Baba - I boi się Chłop - I patrzy.
Urzędnik - Zaraz, zaraz.Zaraz! Zaraz!!! (przegląda papiery) Ale państwo podpisali zgodę, mało tego pieniądze państwo wzięli.
Chłop - No tak podpisalim, pieniądz wzięlim, przez tydzień jak lordy żylim nie powiem, ale rozchodzi się o to żeby ten roruciąg szumieć przestał.
Urzędnik - To będzie raczej niemożliwe, bo w rurociągu płynie gaz. I po prostu musi szumieć.
Chłop - Jak to musi?
Baba - Jaki gaz?
Urzędnik - Propan butan proszę pani.
Baba - A skąd ten butan tam się wzion???
Urzędnik - To jest linia przesyłowa i płynie w niej gaz z Rosji na Zachód.
Baba - Ludzie!! Ruski gaz na pole nam puścili!
Chłop - I kobyłę wystraszyli!
Baba - Tylko patrzyć jak ten roruciąg się rozpęknie i nas wszystkich wytruje!
Urzędnik - Nic takiego nie nastąpi. Zapewniam, nie muszą się państwo niczego bać.
Chłop - Nie musim się niczego bać?
Baba - Koniowi pan to powiedz!
zwk ^ do góry |
|
> Kołysanka dla złodzieja
Dobranoc złodzieju, dobranoc
Żegnam ciebie i mój dobytek
Dobranoc, spij spokojnie
Lecz fanty miej przedtem ukryte
Dobranoc złodzieju, dobranoc
Niech sny twoje nie będą w kratę
Gdy będziesz jutro pracował
Policja spać będzie, w komisariacie
Dobranoc, dobranoc, dobranooooc
moim złodziejom poświęcam - zwk ^ do góry |
| |
|
|