Rozmiar: 25916 bajtów

 

> Chłopcy

> Doktor Polański

> Monolog Piłkarza

> Dyrektor 4

> Dwaj dziwni złodzieje

 

 

> Zygmunt i Jasiu

> Wesele

> Film animowany profesora Zina

> Przemowa nad grobem

 


> Chłopcy

Robert -Gdzie byłeś?

Krzysztof -A co?

Robert -Pytam gdzie byłeś?

Krzysztof -O co ci chodzi?

Robert -Jest godz. 21.00, pracę kończysz o 18.00. Więc pytam gdzie byłeś?

Krzysztof-W pubie.

Robert -Byłeś w pubie?

Krzysztof- No tak.

Robert -Przecież mieliśmy iść na 20.00 do Mirka.

Krzysztof- O kurcze, zapomniałem!

Robert -Po prostuzapomniałeś?!

Krzysztof- Nie tak po prostu ...miałem chandrę.

Robert -Aaachandrę? A od czego?

Krzysztof- Nie wiem.

Robert -Masz poprane...

Krzysztof- Wiem.

Robert -Masz ugotowane....

Krzysztof- Wiem.

Robert -Masz posprzątane...

Krzysztof- Wiem.

Robert -Ale od czego masz chandrę to ty nie wiesz?

Krzysztof- Nie wiem.

Robert -A czy ty pomyślałeś, ze ja też mogę mieć tego wszystkiego dosyć, ze ja też chciałbym gdzieś wyjść? Do kina, do teatru, pochodzić po sklepach z ciuchami...Nowiusieńkie centrum handlowe otworzyli...

Krzysztof -Robert, sam zdecydowałeś, że chcesz zająć się domem.

Robert -Krzysztof, powiedz mi tak szczerze.... Masz kogoś?

Krzysztof -Co?

Robert -Masz kogoś. To widać po bilingach...

Krzysztof- Co ty wygadujesz? Po prostu po pracy poszedłem z Romkiem na piwo!

Robert -Z Romkiem?

Krzysztof- Tak. Ma problemy z Jurkiem i chciał pogadać.

Robert -Z Romkiem? Z tym z brodą? Może ja też zapuszczę brodę? Zawsze lubiłeś przygody Rumcajsa.

Krzysztof -Ty już lepiej niczego więcej nie zapuszczaj...

Robert -Co???Czyli jednak przeszkadza ci, że utyłem.

Krzysztof- Nie! Nie przeszkadza mi, że utyłeś, że utykasz! Nic mi nie przeszkadza!

Robert -Czy ja jeszcze dla ciebie coś znaczę?

Krzysztof- Robert. Znaczysz dla mnie co najmniej tyle samo co w Pobierowie.

Robert- Nie wierzę Ci.

Krzysztof -Przestań! Zachowujesz się zupełnie , jak moja żona!

Robert -Żona? Nie....to ja już jestem zupełnie zdezorientowany.

Krzysztof -Aj, bo ty zawsze miałeś problemy z orientacją.

Wojtek, Saszka, Marylka

^ do góry


> Doktor Polański

(na scenie stoi facet, wchodzi lekarz)

Lekarz -Dzień dobry. Pan Smith?

Smith -Tak.

Lekarz -Jestem doktor Polański.

(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")

Lekarz -Pana żona rodziła dzisiaj u nas?

Smith -Zgadza się.

(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")

Lekarz -Dlaczego pan pyta?

Smith- Bo...

(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")

(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")

Smith -Ale urodziła już?

Lekarz -Tak.

Smith -I co? Chłopczyk, czy dziewczynka?

(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")

Lekarz -Jakby to panu powiedzieć...

(startuje motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")

Lekarz-To chłopczyk...(startuje motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")Albo dziewczynka...(motyw)Nie wiem.

(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")

Smith -Jak to nie wie pan?

Lekarz -Nie zdążyłem zobaczyć. Jestem w szoku poporodowym!

(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")

Smith -Ale wszystko w porządku?

Lekarz -Tak. Pana żona ma na imię Rosemary?

Smith -Tak.

(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")

Lekarz -A czy w pańskiej rodzinie...

Smith -Tak...

Lekarz -Czy w pańskiej rodzinie był ktoś, kto był czarny albo miał rogi?

Smith -Nie.

(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")

Lekarz -W takim razie pan pierwszy ma rogi, a dziecko pierwsze jest czarne.

sasza i zwk 27.10.04 godz. 18.25

^ do góry


> Monolog piłkarza

Skoro ma być poważna rozmowa i mamy otwarcie mówić, i mają padać ostre słowa to ja powiem. No.
    Jacek, ostatni defensywny obrońca. Za mną już tylko bramkarz. A co? Że się jąkam, no co zdenerwowany jestem. Przede mną trudne zadanie, powiedzieć prawdę i nie wypaść ze składu. Jeden niski napastnik już tak powiedział i nie było dla niego miejsca na ławce rezerwowych. Z boku na bidonach z wodą musiał siedzieć, to aż całe pośladki go bolały
    I faktycznie jest niezdrowa atmosfera w zespole, bo mówi się, że gramy na diamenta, i teraz ja a i tak samo i koledzy chcielibyśmy wiedzieć jak to jest na tego diamenta. Bo do szesnastego metra to ja wiem co mam robić, a dalej to jak wszyscy - improwizuję.
    I potem czytam w prasie fachowej po porażce z Dumnymi Synami Albionu, że nas wszystkich tylko do jednego wora spakować i do Wisły wrzucić. A ja sobie rzekę sam wybiorę, jak trzeba będzie, ja gram we Francji w Le..., Tomek gra w Nyr... też trudna nazwa.
    A że już nie wspomnę o tym, że jak ostatnio na treningu zacząłem rogale wkręcać, to aż trener żartował, że mógłbym w piekarni pracować, no to ja mówię, że mam nowe, fajne buty. I co? I w szatni po treningu poszedłem pod prysznic, wracam, a butów nie ma. No nie ma. I ja tutaj nie chciałbym rzucać fałszywych oskarżeń w stronę drugiego golkipera, ale jak patrzę na jego fryzurę, to samochodu bym mu nie pożyczył.
    No i ten drugi trener - Sko sko sko skąd on jest? Ja sobie wypraszam, żeby jakiś facet w dresie mi mówił, co ja mam na treningu robić.
    Albo sprawa tego zawodnika, nie pamiętam jego nazwiska, no nie pamiętam, gdzieś w polskiej lidze piłkę klepie. To trener mu powiedział, że albo gra w reprezentacji, albo żeby się w dupę pocałował, no to on wziął się i pocałował i nie gra. To aż nawet nasz masażysta mówił, że to jest niemożliwe. No to jak on robi takie niemożliwe rzeczy, to może niech on gra.
    Bo potem podchodzą do mnie dziennikarze i się pytają, jak pomóc polskiej reprezentacji, a ja się pytam: W czym?

Sasza/Wojtek

^ do góry


> Dyrektor 4 - Zwolnienie Wątora

(na scenę wchodzi Dyrektor. Chodzi chwilę tam i z powrotem)

Dyrektor -Muszę go zwolnić. Tylko jak to zrobić, żeby się potem dobrze czuć? Wiem.(zaczyna ćwiczyć jak w teatrze)Panie Wątor, mam dla pana złą wiadomość. Zostanie pan zwolniony. Nie. To zbytłagodne. Panie Wątor, wyrzucam pana na bruk! Za słabo.Won!!! Ty łajzo!

(na dźwięk słów "Ty łajzo" natychmiast pojawia się Wątor)

Wątor -Wołał mnie pan?

Dyrektor -Aaa, jest pan... Proszę wejść.

Wątor -Według procedury?

Dyrektor- Tak.

(Wątor zdejmuje buty, wchodzi, klęka i całuje dyrektora w rękę)

Dyrektor -Panie Wątor.... Jak ocenia pan swoją pracę na przestrzeni ostatniego

miesiąca?

Wątor -(chrząka)Uważam, że na przestrzeni ostatniego miesiąca poczyniłem ogromne postępy.

Dyrektor -Jakie?

Wątor -Już mi się nie mylą pieczątki i z mniejszymi obawami o utratę zdrowia podchodzę do komputera. Już się nie boję, że mi rękę urwie. Bo mam drugą.

Dyrektor -Nie sądzi pan, że to trochę zbyt mało jak na dział marketingu?

Wątor -Nie.

Dyrektor -To ja panu powiem, że to za mało.

Wątor -Jest pan pewien?

Dyrektor- Tak.

Wątor -To ja teraz jestem trochę w potrzasku... To jak pan chce to mogę donosić na kolegów z pracy...

Dyrektor- Co?

Wątor- Mogę kapować.

Dyrektor -Tak? A co pan takiego wie, czego ja nie wiem?

Wątor -A o kim?

Dyrektor -A na przykład o Zientarskim.

Wątor -(konfidencjonalnie)Zientarski podbiera papier do ksero i po całych dniach siedzi w internecie.(ogląda się za siebie)Ogląda.(ogląda się za siebie).samochody. I mam jeszcze coś na szefa straży zakładowej.

Dyrektor -No?

Wątor -(mówi coś na ucho dyrektorowi)

Dyrektor- Co?

Wątor- I to w czarnym lateksowym płaszczu.

Dyrektor -Co wy mi tutaj prywatne sprawy pracowników wywlekacie?

Wątor -A Kaczyński ze swoim bratem w Warszawie...

Dyrektor- Dość!(wyciąga gazetę)Musimy zrobić w zakładzie cięcia.

Wątor -Panie dyrektorze, mogę donosić, ale nikogo nie zabiję.

Dyrektor -Nie to miałem na myśli. Znalazłem w prasie ogłoszenie, które powinno pana zainteresować(daje mu gazetę)Proszę czytać.

Wątor -Zatrudnię młode kobiety do pracy w klubie w Berlinie.

Dyrektor- Wyżej.

Wątor -(zaczyna mówić wysoko)Zatrudnię młode kobiety...

Dyrektor -Ogłoszenie wyżej!

Wątor -Aaa. Praca, przy skręcaniu długopisów na akord.

Dyrektor -Ciekawe prawda?

Wątor -Ale nie dla mnie. Ja mam pracę tutaj.

Dyrektor -.

Wątor -Nie! Pan chce mnie zwolnić!

Dyrektor -Tak.

(Kuli się i zaczyna płakać, wtedy dyrektor dostrzega ogromną wypaloną dziurę w marynarce na plecach)

Dyrektor -Co pan ma na plecach?

Wątor- Wypalona dziurę... Mieliśmy zajęcia z biurowego sovouir vivre'u.

Dyrektor- Z czego?

Wątor -Z biurowego.tego. surwiwalu.

Dyrektor- I co wy tam robiliście?

Wątor -Uczyliśmy się zmieniać kartridże w drukarce i mi się marynarka zapaliła.

(zaczyna ryczeć)

Dyrektor- Od kartridża?

Wątor -No właśnie nikt nie potrafił tego wyjaśnić, a potem rzucili się na mnie z kocem gaśniczym, to do dzisiaj mnie wszystkie żebra bolą. Na szczęście zatrzymali strażaka z toporkiem, bo ja nie wiem co by było...

Dyrektor- Ja nie mam do pana cierpliwości. Zwalniam pana! Won!

Wątor -Ale co, że jutro mam już nie przychodzić?

Dyrektor- Ani jutro, ani pojutrze, ani nigdy! Żegnam!

Wątor -To ja odchodzę. Adios.(smutny odwraca i wychodzi)

Dyrektor -To był dla mnie trudny dzień.

(nagle znowu pojawia się Wątor, zanosi się płaczem)

Dyrektor- Słucham pana.

Wątor- Nie mam ci nic do powiedzenia ty gnoju przyszedłem po buty.

Dyrektor- Powiedział pan do mnie "Ty gnoju"?

Wątor- Nie kurwa, do siebie.

zwk i Sasza

19.12.04 godz. 20.59

^ do góry


> Dwaj dziwni złodzieje

(Dwóch facetów idzie w rytm muzyki, podchodzą do mikrofonów, muzyka narasta)

Albert -(panicznie)Hymmm!

Rysiek- Co?!

Albert- Zostawiłem włączone żelazko w domu!

Rysiek- W którym domu?

Albert- Nie pamiętam.

(Idą dalej. Podchodzą do mikrofonów, zatrzymują się, rozglądają, znowu ruszają. Robią pełny obieg i podchodzą do mikrofonów.)

Albert- Rysiek,

Rysiek- Co?

Albert- Czyj to dom?

Rysiek- Znasz tego wysokiego gościa ?

Albert- .

Rysiek -Tego byłego koszykarza.

Albert- .

Rysiek- Tego, co mu dzieci na samochodzie wydrapały, co o nim myślą.

Albert -.

Rysiek- No tego, co ma taką piękną żonę, co chodzi w takich krótkich miniówkach.

Albert- Aaa, to wiem!

Rysiek- No! To jego sąsiada.

(na chwilę ruszają)

Albert- Rysiek.

Rysiek- No?

Albert -Mogę cię o coś zapytać?

Rysiek -Nie mam przy sobie pieniędzy.

Albert- Nie o to chodzi.

Rysiek- A to pytaj ile wlezie.

Albert- Jak wygląda klucz wiolinowy?

Rysiek- Ale nasadowy, czy płaski?

Albert- Nie wiem, syn ze szkoły wrócił i pytał, czy wiem jak wygląda. To powiedziałem, że wiem. Bałem się wyjść na durnia.

Rysiek- A skąd mu ten klucz do głowy przyszedł?

Albert- Pojęcia nie mam.

Rysiek- Widzisz? Ty lepiej się dowiedz, czy on jakiś narkotyków nie bierze.

Albert- Masz rację. Wleję mu, to wszystko wyśpiewa.

Rysiek- Wlej mu wrzątku.

(znowu idą, Rysiek schodzi w publiczność)

Rysiek- Albert.

Albert- Co?

Rysiek- Patrz! Facet ma facet ma w domu kolekcję figur.

Albert- Ale!

Rysiek -Idę się rozejrzeć .(świeci na jakąś babkę)Albert patrz, ale figura! Wezmę ją sobie!

Albert- Po co ci?

Rysiek- Żebym miał w domu ładnie.

Albert -U ciebie w domu ładnie?

Rysiek -No. Bo jak jestem w domu, to jest trochę ładnie. A jak mnie nie ma, to nie jest. A tak posadzę figurę i cały czas będzie ładnie.

Albert- Myślę, że to będzie zbytek eklektyzmu.

Rysiek- . Sam głupi jesteś.

(znowu ruszają)

Rysiek- Albert.

Albert- Co?

Rysiek- Widziałeś tutaj jakiś telewizor?

Albert- Na razie nie.

Rysiek- Albert.

Albert- No co?

Rysiek- Wiesz, czuję się trochę jak złodziej.

Albert- A co zrobisz, jak po dobroci nie chcą cię do domu wpuścić?

Rysiek- Mówiłem ci. Najlepszy jest numer z księdzem.

Albert -Rysiek, ksiądz po kolędzie w czerwcu?

Rysiek- Duże osiedle, to trochę mogło mu zejść.

Albert- Rysiek, ty nie bądź taki mądry, bo cię pająk za obraz wciągnie.

(już prawie ruszają)

Rysiek- Ale to nie jest w porządku, że my bez wiedzy właściciela chodzimy po jegodomu.

Albert- A jak ten właściciel bez naszej wiedzy ogląda telewizję, to to jest w porządku?

Rysiek- Oj, jak sobie pomyślę, że ktoś ogląda "M jak miłość" bez płacenia abonamentu to jakbym.

Albert- Rysiu trochę godności. Pamiętaj, mimo wszystko jesteś pracownikiem poczty.

Autor: Sasza i zwk

^ do góry


> Zygmunt i Jasiu

 Występują:

Jasiu - człowiek "dupa" - poniewierany przez los i żonę

Zygmunt - stary kolega Jasia z budowy.

Jasiu przybiega na przystanek autobusowy. W rękach trzyma reklamówkę.

Jasiu -Cholera. Spóźniłem się. Autobus odjechał. Stara mnie zabije. Pół godziny w ciemnościach. Ale lepsze to niż cały dzień w domu. Niby miło, ale schować się nie ma gdzie.

Wchodzi Zyga

Zygmunt- Przepraszam... Czy nie wie pan. Jasiu?

Jasiu -Zygmunt?

Zygmunt- Jasiu!

Jasiu- Zygmunt! Co ty tu robisz?

Zygmunt- Przejeżdżałem właśnie i komórka mi się rozładowała, a muszę zadzwonić. Wydaje mi się, że stała tu kiedyś budka telefoniczna?

Jasiu -Stała, ale była metalowa. Teraz to kawałka drutu nie można bez opieki zostawić.

Zygmunt -Jasiu, powiedz, co u ciebie?

Jasiu -Aaaa.żona mi przytyła.

Zygmunt -.Jeszcze?. Ty to masz w tym domu Jasiu.

Jasiu- A tam od razu dom. Zwykła kawalerka.

Zygmunt- Ale z aneksem kuchennym. A to już nie są żarty.

Jasiu -No tak. I mam tapetę zmywalną nad zlewem.

Zygmunt- To masz podwyższony standard.

Jasiu- No. O tyle(pokazuje palcami mały kwadrat)

Zygmunt- Oj, jak sobie przypomnę jak razem staliśmy przy betoniarce i beton kręciliśmy?(śmieją się)To były czasy! A pamiętasz.

Jasiu -No!!! A co?

Zygmunt- Pamiętasz, jak przyniosłem do pracy kanapkę ze serem pleśniowym?

Jasiu- No! Ja miałem wtedy z wędliną. Też pleśniową.

Zygmunt- Cośmy się wtedy we dwóch naśmiali, nie?

Jasiu- A tylko jeden się najadł.(cisza)A co u ciebie Zygmunt?

Zygmunt- Dobrze. W Niemczech siedzę?

Jasiu- Za co?

Zygmunt- Pracuję tam.

Jasiu- A jak sobie załatwiłeś pracę?

Zygmunt- Tak jak wszyscy. Wsiadłem do pociągu, pojechałem do Hamburga i powiedziałem do ciotki: "Załatw mi robotę"

Jasiu- I załatwiła?

Zygmunt- No. Nawet po fachu.

Jasiu- Beton kręcisz?

Zygmunt- Nie. Dziury w ścianach pruję.

Jasiu- I jak tam ci się żyje?

Zygmunt- Oj, dobrze Jasiu. Bardzo mi urosła stopa życiowa. Jak wchodzę do sklepu , to ja sobie mogę na wszystko pozwolić. I kupuję. Od lewej: Sznikers, Ankel Benz, Pedigree Pal,

Jasiu- Pedigri Pal?

Zygmunt- No, takie konserwy mięsne. Bardzo smaczne. Polecam. Zresztą, tam wszystko można kupić.

Jasiu- To tak jak u nas w Biedronce(pokazuje reklamówkę)

Zygmunt- Byłeś na zakupach?

Jasiu- No, dostałem bony z pracy.

Zygmunt- To ty jednak dobrze masz.

Jasiu -Z bonami tak.

Zygmunt- Z żona gorzej co?

Jasiu- No. Żona nie bon, nie można jej w biedronce zostawić. A szkoda, bo dużo bym kupił.

Zygmunt -No dobra! Postaliśmy, pogadaliśmy a ja muszę lecieć. Interesy wzywają. A może cię gdzieś podrzucić moim Audi A6 rocznik '99 srebrny metalik nie bity?

Jasiu- Nie bity... Zazdroszczę mu.

Zygmunt- To co, jedziesz?

Jasiu- Aaa, poczekam na autobus. Dłużej na wolności.

Zygmunt- No jak chcesz. Trzymaj się. Wszystkiego dobrego, szczęścia, zdrowia, pomyślności...

Jasiu- Nie żartuj.

Zygmunt- To trzymaj się.(Zygmunt chce iść)

Jasiu -Zygmunt, a pozdrowić od ciebie moją żonę?

Zygmunt- Nie.

Jasiu -Dzięki.

Sasza i zwk.

^ do góry


 

> Film animowany profesora Zina

 

Dobry wieczór państwu. Witam państwa w audycji pt.: "Flamastrem i patyczkiem".
   Zwykle rysowałem dla państwa greckie kolumnady, gotyckie zwieńczenia i inne takie, jak mnie powiedziano w redakcji - architektoniczne duperele.
   Jednak za dość zdecydowaną namową reżysera w dzisiejszym programie postanowiłem wyłamać sień z konwencji architektonicznej i zaprezentować zgoła inny fascynujący tak, że czacha dymi temat, a mianowicie: "Początki filmu animowanego".
   Bo moi mili taki Bolek czy Lolek, Kaczor czy Donald, czy inny popularny, jak to mawia młodzież - zryty na maxa Scooby Doo ma swoje początki w kilku kreskach.
   I oto sztaluga obciągnięta brystolem. I na tem brystolu stawiam kreskę. Mój kolega rysownik mawiał, że w życiu najważniejsza jest kreska. Biedak skończył na odwyku.
   Ale wróćmy do Bristolu. Ta oto kompozycja symbolizuje ludzki tułów. Ale wystarczy dorysować ....o! i z tułowia nagle wyrasta lewa noga. I kolejny szarmancki ruch flamastra i już jest prawa noga i kolejne dwa ... O! To ręce. I oto jawi nam się postać ludzka z czterema kończynami lekko rozczapierzonymi na boki. A całość zwieńczona jest figurą, która byłaby doskonałą, gdyby nie to, że to symbol ludzkiej głowy.
   I ktoś zapytałby mnie, a gdzie tu film animowany. A ja odpowiedziałbym niemal retorycznie w... zamierzeniu. Bo oto zamierzam odsłonić niemal kalkę tej ludzkiej postaci. Odsłaniam, brystol się roluje i oczom naszym ukazuje się postać prawie identyczna, tyle że ma rozczapierzone kończyny w lekko innych kierunkach. Zrolowany papier natomiast tworzy nam przestrzeń do zastosowania patyczka. Wsuwamy patyczek, przesuwamy na dół i ... tak oto powstał film animowany. Ale moi mili, to nie wszystko, bo wystarczy tej pierwszej postaci dorysować trzy niebanalne kreski, a całość zamaszystymi ruchami flamastra zapełnić, a tej drugiej postaci wystarczy dorysować dwa żeńskie walory... i oto mamy animowany striptiz.

 

zwk

^ do góry


> Przemowa nad grobem

 

Drodzy zebrani.

Zgromadziliśmy się tutaj by ostatni raz pożegnać naszego kolegę, przyjaciela, ojca, męża, brata, syna, wujka, ojczyma, dziadka, kuzyna, wnuka, pasierba, stryjka. Niech każdy sobie wybierze.
   Adam, bo tak miał na imię, nigdy nie był szczęściarzem. Wręcz przeciwnie. Był nieszczęściarzem. Żona... żonę miał jaką miał. Wyszła za niego, i choćby za to należy ją szanować. I nietaktem byłoby przypominać, że był to akt rozpaczy wynikający ze strachu przed staropanieństwem.
   Zaczęło się od tego, że Adam się urodził. Naprawdę, niektórym ludziom los potrafi płatać niezłe figle.
   Już od wczesnego dzieciństwa przydarzały mu się różne drobne wypadki. Jak choćby włożenie rączki w otwór, z którego tej rączki wyjąć się nie da, czy zassanie na 30 minut ust przez odkurzacz nastawiony na maksymalne obroty.
   W wieku trzech lat Adaś po raz pierwszy za mocno wychylił się z okna mieszkania. Mieszkanie było na dziesiątym piętrze, a grawitacja zrobiła swoje. Adaś to przeżył.
   W wieku siedmiu lat po raz drugi wychylił się przez okno. Fizyka, to nauka, która ma twarde zasady. Adaś to przeżył.
   Kiedy miał dziesięć lat biegnąc za piłką, co już samo w sobie było ryzykowne, wpadł pod rozpędzony samochód. Do dziś nikt nie wie skąd rozpędzony samochód wziął się na boisku szkolnym. Adaś to przeżył.
   Czasami wydawało się, że sam prowokował los. Tam, gdzie nikt inny nie włożyłby ręki, on wkładał głowę. Jak do tej nory borsuka w wieku 14 lat. Adam to przeżył.
   Potem była katastrofa kolejowa, nieudany lot balonem i okrzyk: "Niech żyje biała gwiazda!" w sektorze Legii. Adaś i to przeżył.
   Tydzień temu, nie bacząc na prośby rodziny zatrudnił się w fabryce konserw. Został głównym mechanikiem w dziale, gdzie ogromne maszyny przerabiały króliki i koniki na pasztet z dzika.
   Nikogo nie zdziwił moment nieuwagi, kiedy to maszyna chwyciła fragment jego odzieży ochronnej. Próbował się wyrwać z całych sił. I nikt, powtarzam nikt tak bardzo jak on nie przekonał się jak mocną i trwałą odzież ochronną produkuje Spółdzielnia Jedność.
   I chcę powiedzieć że to nic, to nic, że jego trumna jest blaszana i okrągła, bo to, że w ogóle możemy go pochować, to jest jakiś ósmy cud świata.

 

zwk

^ do góry

 
 

Wszelkie prawa zastrzeżone 1994-2007 kabaret JURKI