|
|
Oto kilka tekstów z naszego najnowszego programu.
|
|
Chłopcy
| video divx (11,4MB 5:22)
Doktor
Polański
| video divx (9,98MB 2:03)
Monolog
Piłkarza
Dyrektor
4
Dwaj dziwni
złodzieje
Zygmunt i
Jasiu
| video divx (11,7MB 6:09)
Biurwa
|
|
|
Chłopcy
Robert -Gdzie byłeś?
Krzysztof -A co?
Robert -Pytam gdzie byłeś?
Krzysztof -O co ci chodzi?
Robert -Jest godz. 21.00, pracę kończysz o 18.00. Więc
pytam gdzie byłeś?
Krzysztof-W pubie.
Robert -Byłeś w pubie?
Krzysztof- No tak.
Robert -Przecież mieliśmy iść na 20.00 do Mirka.
Krzysztof- O kurcze, zapomniałem!
Robert -Po prostuzapomniałeś?!
Krzysztof- Nie tak po prostu ...miałem chandrę.
Robert -Aaachandrę? A
od czego?
Krzysztof- Nie wiem.
Robert -Masz poprane...
Krzysztof- Wiem.
Robert -Masz ugotowane....
Krzysztof- Wiem.
Robert -Masz posprzątane...
Krzysztof- Wiem.
Robert -Ale od czego masz chandrę to ty nie
wiesz?
Krzysztof- Nie wiem.
Robert -A czy ty pomyślałeś, ze ja też mogę mieć tego
wszystkiego dosyć, ze ja też chciałbym gdzieś wyjść? Do kina, do
teatru, pochodzić po sklepach z ciuchami...Nowiusieńkie centrum
handlowe otworzyli...
Krzysztof -Robert, sam zdecydowałeś, że chcesz zająć się
domem.
Robert -Krzysztof, powiedz mi tak szczerze.... Masz
kogoś?
Krzysztof -Co?
Robert -Masz kogoś. To widać po bilingach...
Krzysztof- Co ty wygadujesz? Po prostu po pracy poszedłem
z Romkiem na piwo!
Robert -Z Romkiem?
Krzysztof- Tak. Ma problemy z Jurkiem i chciał
pogadać.
Robert -Z Romkiem? Z tym z brodą? Może ja też zapuszczę
brodę? Zawsze lubiłeś przygody Rumcajsa.
Krzysztof -Ty już lepiej niczego więcej nie
zapuszczaj...
Robert -Co???Czyli jednak przeszkadza
ci, że utyłem.
Krzysztof- Nie! Nie przeszkadza mi, że utyłeś, że
utykasz! Nic mi nie przeszkadza!
Robert -Czy ja jeszcze dla ciebie coś znaczę?
Krzysztof- Robert. Znaczysz dla mnie co najmniej tyle
samo co w Pobierowie.
Robert- Nie wierzę Ci.
Krzysztof -Przestań! Zachowujesz się zupełnie , jak moja
żona!
Robert -Żona? Nie....to ja już jestem zupełnie
zdezorientowany.
Krzysztof -Aj, bo ty zawsze miałeś problemy z
orientacją.
Wojtek, Saszka, Marylka
^ do góry
|
|
Doktor Polański
(na scenie stoi facet, wchodzi lekarz)
Lekarz -Dzień dobry. Pan Smith?
Smith -Tak.
Lekarz -Jestem doktor Polański.
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Lekarz -Pana żona rodziła dzisiaj u nas?
Smith -Zgadza się.
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Lekarz -Dlaczego pan pyta?
Smith- Bo...
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Smith -Ale urodziła już?
Lekarz -Tak.
Smith -I co? Chłopczyk, czy dziewczynka?
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Lekarz -Jakby to panu powiedzieć...
(startuje motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Lekarz-To chłopczyk...(startuje motyw
muzyczny z "Dziecko Rosemary")Albo
dziewczynka...(motyw)Nie wiem.
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Smith -Jak to nie wie pan?
Lekarz -Nie zdążyłem zobaczyć. Jestem w szoku
poporodowym!
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Smith -Ale wszystko w porządku?
Lekarz -Tak. Pana żona ma na imię Rosemary?
Smith -Tak.
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Lekarz -A czy w pańskiej rodzinie...
Smith -Tak...
Lekarz -Czy w pańskiej rodzinie był ktoś, kto był czarny
albo miał rogi?
Smith -Nie.
(motyw muzyczny z "Dziecko Rosemary")
Lekarz -W takim razie pan pierwszy ma rogi, a dziecko
pierwsze jest czarne.
sasza i zwk 27.10.04 godz. 18.25
^ do góry
|
|
Monolog piłkarza
Skoro ma być poważna rozmowa i mamy otwarcie mówić, i
mają padać ostre słowa to ja powiem. No.
Jacek, ostatni defensywny obrońca. Za mną już tylko bramkarz. A co?
Że się jąkam, no co zdenerwowany jestem. Przede mną trudne zadanie,
powiedzieć prawdę i nie wypaść ze składu. Jeden niski napastnik już
tak powiedział i nie było dla niego miejsca na ławce rezerwowych. Z
boku na bidonach z wodą musiał siedzieć, to aż całe pośladki go
bolały
I faktycznie jest niezdrowa atmosfera w
zespole, bo mówi się, że gramy na diamenta, i teraz ja a i tak samo
i koledzy chcielibyśmy wiedzieć jak to jest na tego diamenta. Bo do
szesnastego metra to ja wiem co mam robić, a dalej to jak wszyscy -
improwizuję.
I potem czytam w prasie fachowej
po porażce z Dumnymi Synami Albionu, że nas wszystkich tylko do
jednego wora spakować i do Wisły wrzucić. A ja sobie rzekę sam
wybiorę, jak trzeba będzie, ja gram we Francji w Le..., Tomek gra w
Nyr... też trudna nazwa.
A że już nie wspomnę
o tym, że jak ostatnio na treningu zacząłem rogale wkręcać, to aż
trener żartował, że mógłbym w piekarni pracować, no to ja mówię, że
mam nowe, fajne buty. I co? I w szatni po treningu poszedłem pod
prysznic, wracam, a butów nie ma. No nie ma. I ja tutaj nie
chciałbym rzucać fałszywych oskarżeń w stronę drugiego golkipera,
ale jak patrzę na jego fryzurę, to samochodu bym mu nie pożyczył.
No i ten drugi trener - Sko sko sko skąd on
jest? Ja sobie wypraszam, żeby jakiś facet w dresie mi mówił, co ja
mam na treningu robić.
Albo sprawa tego
zawodnika, nie pamiętam jego nazwiska, no nie pamiętam, gdzieś w
polskiej lidze piłkę klepie. To trener mu powiedział, że albo gra w
reprezentacji, albo żeby się w dupę pocałował, no to on wziął się i
pocałował i nie gra. To aż nawet nasz masażysta mówił, że to jest
niemożliwe. No to jak on robi takie niemożliwe rzeczy, to może niech
on gra.
Bo potem podchodzą do mnie
dziennikarze i się pytają, jak pomóc polskiej reprezentacji, a ja
się pytam: W czym?
Sasza/Wojtek
^ do góry
|
|
Dyrektor 4 - Zwolnienie
Wątora
(na scenę wchodzi Dyrektor. Chodzi chwilę tam i z
powrotem)
Dyrektor -Muszę go zwolnić. Tylko jak to zrobić, żeby się
potem dobrze czuć? Wiem.(zaczyna ćwiczyć jak w
teatrze)Panie Wątor, mam dla pana złą wiadomość.
Zostanie pan zwolniony. Nie. To zbytłagodne. Panie
Wątor, wyrzucam pana na bruk! Za słabo.Won!!! Ty
łajzo!
(na dźwięk słów "Ty łajzo" natychmiast pojawia się
Wątor)
Wątor -Wołał mnie pan?
Dyrektor -Aaa, jest pan... Proszę wejść.
Wątor -Według procedury?
Dyrektor- Tak.
(Wątor zdejmuje buty, wchodzi, klęka i całuje dyrektora w
rękę)
Dyrektor -Panie Wątor.... Jak ocenia pan swoją pracę na
przestrzeni ostatniego
miesiąca?
Wątor -(chrząka)Uważam, że na przestrzeni
ostatniego miesiąca poczyniłem ogromne postępy.
Dyrektor -Jakie?
Wątor -Już mi się nie mylą pieczątki i z mniejszymi
obawami o utratę zdrowia podchodzę do komputera. Już się nie boję,
że mi rękę urwie. Bo mam drugą.
Dyrektor -Nie sądzi pan, że to trochę zbyt mało jak na
dział marketingu?
Wątor -Nie.
Dyrektor -To ja panu powiem, że to za mało.
Wątor -Jest pan pewien?
Dyrektor- Tak.
Wątor -To ja teraz jestem trochę w potrzasku... To jak
pan chce to mogę donosić na kolegów z pracy...
Dyrektor- Co?
Wątor- Mogę kapować.
Dyrektor -Tak? A co pan takiego wie, czego ja nie
wiem?
Wątor -A o kim?
Dyrektor -A na przykład o Zientarskim.
Wątor
-(konfidencjonalnie)Zientarski
podbiera papier do ksero i po całych dniach siedzi w
internecie.(ogląda się za
siebie)Ogląda.(ogląda się za
siebie).samochody. I mam jeszcze coś na szefa straży
zakładowej.
Dyrektor -No?
Wątor -(mówi coś na ucho dyrektorowi)
Dyrektor- Co?
Wątor- I to w czarnym lateksowym płaszczu.
Dyrektor -Co wy mi tutaj prywatne sprawy pracowników
wywlekacie?
Wątor -A Kaczyński ze swoim bratem w
Warszawie...
Dyrektor- Dość!(wyciąga
gazetę)Musimy zrobić w zakładzie cięcia.
Wątor -Panie dyrektorze, mogę donosić, ale nikogo nie
zabiję.
Dyrektor -Nie to miałem na myśli. Znalazłem w prasie
ogłoszenie, które powinno pana zainteresować(daje mu
gazetę)Proszę czytać.
Wątor -Zatrudnię młode kobiety do pracy w klubie w
Berlinie.
Dyrektor- Wyżej.
Wątor -(zaczyna mówić wysoko)Zatrudnię młode
kobiety...
Dyrektor -Ogłoszenie wyżej!
Wątor -Aaa. Praca, przy skręcaniu długopisów na
akord.
Dyrektor -Ciekawe prawda?
Wątor -Ale nie dla mnie. Ja mam pracę tutaj.
Dyrektor -.
Wątor -Nie! Pan chce mnie zwolnić!
Dyrektor -Tak.
(Kuli się i zaczyna płakać, wtedy dyrektor dostrzega ogromną
wypaloną dziurę w marynarce na plecach)
Dyrektor -Co pan ma na plecach?
Wątor- Wypalona dziurę... Mieliśmy zajęcia z biurowego
sovouir vivre'u.
Dyrektor- Z czego?
Wątor -Z biurowego.tego. surwiwalu.
Dyrektor- I co wy tam robiliście?
Wątor -Uczyliśmy się zmieniać kartridże w drukarce i mi
się marynarka zapaliła.
(zaczyna ryczeć)
Dyrektor- Od kartridża?
Wątor -No właśnie nikt nie potrafił tego wyjaśnić, a
potem rzucili się na mnie z kocem gaśniczym, to do dzisiaj mnie
wszystkie żebra bolą. Na szczęście zatrzymali strażaka z toporkiem,
bo ja nie wiem co by było...
Dyrektor- Ja nie mam do pana cierpliwości. Zwalniam pana!
Won!
Wątor -Ale co, że jutro mam już nie przychodzić?
Dyrektor- Ani jutro, ani pojutrze, ani nigdy!
Żegnam!
Wątor -To ja odchodzę. Adios.(smutny odwraca
i wychodzi)
Dyrektor -To był dla mnie trudny dzień.
(nagle znowu pojawia się Wątor, zanosi się płaczem)
Dyrektor- Słucham pana.
Wątor- Nie mam ci nic do powiedzenia ty gnoju przyszedłem
po buty.
Dyrektor- Powiedział pan do mnie "Ty gnoju"?
Wątor- Nie kurwa, do siebie.
zwk i Sasza
19.12.04 godz. 20.59
^ do góry
|
|
Dwaj dziwni złodzieje
(Dwóch facetów idzie w rytm muzyki, podchodzą do mikrofonów,
muzyka narasta)
Albert -(panicznie)Hymmm!
Rysiek- Co?!
Albert- Zostawiłem włączone żelazko w domu!
Rysiek- W którym domu?
Albert- Nie pamiętam.
(Idą dalej. Podchodzą do mikrofonów, zatrzymują się, rozglądają,
znowu ruszają. Robią pełny obieg i podchodzą do mikrofonów.)
Albert- Rysiek,
Rysiek- Co?
Albert- Czyj to dom?
Rysiek- Znasz tego wysokiego gościa ?
Albert- .
Rysiek -Tego byłego koszykarza.
Albert- .
Rysiek- Tego, co mu dzieci na samochodzie wydrapały, co o
nim myślą.
Albert -.
Rysiek- No tego, co ma taką piękną żonę, co chodzi w
takich krótkich miniówkach.
Albert- Aaa, to wiem!
Rysiek- No! To jego sąsiada.
(na chwilę ruszają)
Albert- Rysiek.
Rysiek- No?
Albert -Mogę cię o coś
zapytać?
Rysiek -Nie mam przy sobie pieniędzy.
Albert- Nie o to chodzi.
Rysiek- A to pytaj ile wlezie.
Albert- Jak wygląda klucz wiolinowy?
Rysiek- Ale nasadowy, czy płaski?
Albert- Nie wiem, syn ze szkoły wrócił i pytał, czy wiem
jak wygląda. To powiedziałem, że wiem. Bałem się wyjść na
durnia.
Rysiek- A skąd mu ten klucz do głowy przyszedł?
Albert- Pojęcia nie mam.
Rysiek- Widzisz? Ty lepiej się dowiedz, czy on jakiś
narkotyków nie bierze.
Albert- Masz rację. Wleję mu, to wszystko
wyśpiewa.
Rysiek- Wlej mu wrzątku.
(znowu idą, Rysiek schodzi w publiczność)
Rysiek- Albert.
Albert- Co?
Rysiek- Patrz! Facet ma facet ma w domu kolekcję
figur.
Albert- Ale!
Rysiek -Idę się
rozejrzeć .(świeci na jakąś babkę)Albert patrz, ale figura!
Wezmę ją sobie!
Albert- Po co ci?
Rysiek- Żebym miał w domu ładnie.
Albert
-U ciebie w domu ładnie?
Rysiek -No. Bo jak jestem w domu, to jest trochę ładnie.
A jak mnie nie ma, to nie jest. A tak posadzę figurę i cały czas
będzie ładnie.
Albert- Myślę, że to będzie zbytek eklektyzmu.
Rysiek- . Sam głupi jesteś.
(znowu ruszają)
Rysiek- Albert.
Albert- Co?
Rysiek- Widziałeś tutaj jakiś telewizor?
Albert- Na razie nie.
Rysiek- Albert.
Albert- No co?
Rysiek- Wiesz, czuję się trochę jak złodziej.
Albert- A co zrobisz, jak po dobroci nie chcą cię do domu
wpuścić?
Rysiek- Mówiłem ci. Najlepszy jest numer z
księdzem.
Albert -Rysiek, ksiądz po kolędzie w czerwcu?
Rysiek- Duże osiedle, to trochę mogło mu zejść.
Albert- Rysiek, ty nie bądź taki mądry, bo cię pająk za
obraz wciągnie.
(już prawie ruszają)
Rysiek- Ale to nie jest w porządku, że my bez wiedzy
właściciela chodzimy po jegodomu.
Albert- A jak ten właściciel bez naszej wiedzy ogląda
telewizję, to to jest w porządku?
Rysiek- Oj, jak sobie pomyślę, że ktoś ogląda "M jak
miłość" bez płacenia abonamentu to jakbym.
Albert- Rysiu trochę godności. Pamiętaj, mimo wszystko
jesteś pracownikiem poczty.
Autor: Sasza i zwk
^ do góry
|
|
Zygmunt i
Jasiu
Występują:
Jasiu -
człowiek "dupa" - poniewierany przez los i żonę
Zygmunt - stary kolega Jasia z budowy.
Jasiu przybiega na przystanek autobusowy. W rękach trzyma
reklamówkę.
Jasiu -Cholera. Spóźniłem się. Autobus odjechał. Stara
mnie zabije. Pół godziny w ciemnościach. Ale lepsze to niż cały
dzień w domu. Niby miło, ale schować się nie ma gdzie.
Wchodzi Zyga
Zygmunt- Przepraszam... Czy nie wie pan. Jasiu?
Jasiu -Zygmunt?
Zygmunt- Jasiu!
Jasiu- Zygmunt! Co ty tu robisz?
Zygmunt- Przejeżdżałem właśnie i komórka mi się
rozładowała, a muszę zadzwonić. Wydaje mi się, że stała tu kiedyś
budka telefoniczna?
Jasiu -Stała, ale była metalowa. Teraz to kawałka drutu
nie można bez opieki zostawić.
Zygmunt -Jasiu, powiedz, co u ciebie?
Jasiu -Aaaa.żona mi przytyła.
Zygmunt -.Jeszcze?. Ty to masz w tym domu Jasiu.
Jasiu- A tam od razu dom. Zwykła kawalerka.
Zygmunt- Ale z aneksem kuchennym. A to już nie są
żarty.
Jasiu -No tak. I mam tapetę zmywalną nad zlewem.
Zygmunt- To masz podwyższony standard.
Jasiu- No. O tyle(pokazuje palcami mały
kwadrat)
Zygmunt- Oj, jak sobie przypomnę jak razem staliśmy przy
betoniarce i beton kręciliśmy?(śmieją
się)To były czasy! A pamiętasz.
Jasiu -No!!! A co?
Zygmunt- Pamiętasz, jak przyniosłem do pracy kanapkę ze
serem pleśniowym?
Jasiu- No! Ja miałem wtedy z wędliną. Też
pleśniową.
Zygmunt- Cośmy się wtedy we dwóch naśmiali, nie?
Jasiu- A tylko jeden się
najadł.(cisza)A co u ciebie
Zygmunt?
Zygmunt- Dobrze. W Niemczech siedzę?
Jasiu- Za co?
Zygmunt- Pracuję tam.
Jasiu- A jak sobie załatwiłeś pracę?
Zygmunt- Tak jak wszyscy. Wsiadłem do pociągu, pojechałem
do Hamburga i powiedziałem do ciotki: "Załatw mi robotę"
Jasiu- I załatwiła?
Zygmunt- No. Nawet po fachu.
Jasiu- Beton kręcisz?
Zygmunt- Nie. Dziury w ścianach pruję.
Jasiu- I jak tam ci się żyje?
Zygmunt- Oj, dobrze Jasiu. Bardzo mi urosła stopa
życiowa. Jak wchodzę do sklepu , to ja sobie mogę na wszystko
pozwolić. I kupuję. Od lewej: Sznikers, Ankel Benz, Pedigree
Pal,
Jasiu- Pedigri Pal?
Zygmunt- No, takie konserwy mięsne. Bardzo smaczne.
Polecam. Zresztą, tam wszystko można kupić.
Jasiu- To tak jak u nas w Biedronce(pokazuje
reklamówkę)
Zygmunt- Byłeś na zakupach?
Jasiu- No, dostałem bony z pracy.
Zygmunt- To ty jednak dobrze masz.
Jasiu -Z bonami tak.
Zygmunt- Z żona gorzej co?
Jasiu- No. Żona nie bon, nie można jej w biedronce
zostawić. A szkoda, bo dużo bym kupił.
Zygmunt -No dobra! Postaliśmy, pogadaliśmy a ja muszę
lecieć. Interesy wzywają. A może cię gdzieś podrzucić moim Audi A6
rocznik '99 srebrny metalik nie bity?
Jasiu- Nie bity... Zazdroszczę mu.
Zygmunt- To co, jedziesz?
Jasiu- Aaa, poczekam na autobus. Dłużej na
wolności.
Zygmunt- No jak chcesz. Trzymaj się. Wszystkiego dobrego,
szczęścia, zdrowia, pomyślności...
Jasiu- Nie żartuj.
Zygmunt- To trzymaj się.(Zygmunt chce
iść)
Jasiu -Zygmunt, a pozdrowić od ciebie moją żonę?
Zygmunt- Nie.
Jasiu -Dzięki.
Sasza i zwk.
^ do góy
|
|
Biurwa
(wchodzi kobieta mówiąca płaczliwym tonem, przy uchu trzyma
słuchawkę od telefonu stacjonarnego, kabel się naciąga,
naciąga)
- Tak, tak, panie dyrektorze!
Tak. Tak. Nie .Nie. Ja nie płacze. Ja mam taki głos. Halo! Halo! Nie
słyszę szefa! Ja szefa nie słyszę!!(kabel od słuchawki jest już
maksymalnie rozciągnięty)Kończy mi się zasięg!!!(wyrzuca
słuchawkę, zaczyna mówić w kierunku
publiczności)
To znaczy, bo ja pracuje w
takiej firmie na stanowisku biurowym, ale w papierach mam, że
pracownik umysłowy. Czy jakoś tak. I ja tam siedzę przy komputerze,
przy telefonie, przy szafie.
I kiedyś w
firmie była taka kołomyja, bo przyjechał kierowca z towarem od
zagranicznego kontrahenta. A szefa nie było, bo pojechał na
delegację do Sulęcina. I wszyscy wpadli w panikę, kto z tym kierowcą
będzie rozmawiał. To ja powiedziałam, że ja. I wtedy się wszyscy
rozbiegli do swoich zajęć. A ja poszłam do tego kierowcy i mu
powiedziała, że jak się w dwie godziny uwinie, to ja mu coś dam. I
po dwóch godzinach siedzieliśmy sobie w gabinecie szefa popijając
koniaczek. I jak już się zrobiła taka luźna, przyjazna atmosfera, to
się otworzyły drzwi i weszła nasza księgowa. To ten kierowca mi
potem powiedział, że on czegoś podobnego w całej Europie nie
widział. A ja się z nim zgodzę, bo nasza księgowa, jakby ją
rozczesać, ogolić i dodać 20 cm, to się cisną na usta dwa
słowa...Coś podobnego.
I potem przyjechał szef i udawał, że jest
zdenerwowany przez ten koniak na mnie, to się dopiero następnego
dnia u niego na dywaniku okazało, że nie udawał.
A, i ja jeszcze oprócz tego, że pracuje przy
komputerze, przy telefonie, przy szafie, to obsługuję promocje. Dwie
promocje. Jedna na gwoździe, a druga na drut....Tak, na drut
kolczasty. I ja sobie w środę pomyślałam, że to jest trochę dużo,
jak na moją pensję I powiedziałam to szefowi, a on mi powiedział, że
to jest normalne i że się powinnam cieszyć, że w takiej renomowanej
firmie pracuje, a nie tylko narzekam i narzekam. A ja nigdy jeszcze
nie narzekałam(zaczyna mówić płaczliwym tonem), tylko
płakałam zawsze, to może on o tym płakaniu mówił. Mu się pomyliło po
prostu. To ja mu powiedziałam, że ja się bardzo cieszę, tylko, że
jestem taka zarobiona, że nie mam kiedy głowy umyć, i że bym chciała
podwyżkę. A on powiedział, że ja chyba żartuje. A ja faktycznie
żartowałam, ale z tą głową, bo przecież mam kiedy, ale z podwyżką
nie. I ja mu to chciałam wyjaśnić, ale jak się rozejrzałam, to jego
już nie było w gabinecie. Chyba w trakcie
wyszedł.
Bo u nas w firmie jest duża presja. I
wczoraj była taka duża presja, że kilka osób nie wyrobiło i wyszło z
pracy przed 17.00. A my pracujemy do 16.00, tzn. na papierze, bo
normalnie, to codziennie do 17.00 dziubiemy. I szef miał w tym dniu
nie wracać, ale wrócił. I jak zobaczył, że nas nie ma, to się
wściekł i znowu mnie do siebie wezwał i od progu krzyczał, że nas
zwolni. A gdzie on z dnia na dzień 100 takich fraj...pracowników
znajdzie. To postanowiłam mu ratować firmę. I dawaj, zaczęłam
żartować:, że szef zawsze tak ładnie wygląda i że mu spod marynarki
jakaś nowa i znowu ładna koszula wystaje i że markowo pachnie od
szefa. I jak on się tak trochę udobruchał, to jeszcze go zaprosiłam
na lunch. I jak poczułam, że już go mam, to go dobiłam rubasznym
żartem, który zawsze mam w pogotowiu o tej sekretarce, co weszła w
mini na drabinę. (sama się śmieje na wspomnienie żartu) No. I
na koniec docisnęłam informacją, że my tą godzinkę odpracujemy. A on
skubany był czujny i powiedział, że nie godzinkę, tylko wszystkie
godzinki od początku roku, czyli to będzie jakieś 130 godzinek. To
ja powiedziałam, że luz. Tylko teraz będę to jakoś musiała ludziom
powiedzieć.
To znaczy, bo ja jeszcze nie
mówiłam. Bo my w firmie, oprócz wszystkiego, sprzedajemy
lampy.(zaczyna chlipać)I w tamtym miesiącu każdy miał
sprzedać tych lamp 1620, a ja sprzedałam tylko 1000.(coraz
bardziej chlipie). I jak dyrektor mnie do siebie wezwał, to ja
się rozpłakałam (mówi przez łzy) To on mi powiedział, żebym
się przestała zachowywać jak dziecko. To ja mu wtedy wszystko
wygarnęłam:, Że nie mam faceta, nie mam dziecka, mieszkania,
samochodu, a mam już 33 lata. I że mam dość i żeby mnie pocałował. I
on mnie wtedy pocałował, bo się okazało, że on się we mnie od
początku kochał. (rozjaśnia się,
weseleje)
I teraz mam i faceta i dziecko
i dom i samochód i 35 lat. I teraz, jak Krzychu jest moim mężem, to
wcale lepiej nie mam, bo jak wyskoczyłam dzisiaj w czasie pracy mu
kotleta usmażyć, to on mnie znowu do siebie wezwał na dywanik. No to
pójdę..., bo to w końcu szef jest.... A ja nie raz przecież już u
niego byłam...na dywanie.
Agnieszka Litwin-18.09.2005r
^ do góry
|
Wszelkie prawa zastrzeżone 1994-2005 kabaret JURKI
|